Mój poród – położna po drugiej stronie łóżka

***

Hej. Długo myślałam czy poświęcić mój wolny, w ilościach obecnie minimalnych, czas na pisanie tak intymnego i osobistego wpisu. Zastanawiałam się czy warto się dzielić tymi wspomnieniami, a czy przede wszystkim chcę i mam potrzebę wracać do tego dnia? Postanowiłam że do teczki swoich położniczych doświadczeń ten dzień powinien trafić, choć nie tylko – w owej teczce jest to najważniejszy dzień i największe moje doświadczenie. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że poza byciem kobietą, położną, żoną, jestem również mamą. I tak, w końcu, w trakcie jednej sesji karmienia Małej, poczułam wewnętrzną potrzebę żeby wrócić do tego dnia i poskładać wszystko co pamiętam do kupy, tak, aby zamknąć temat mojej 9miesięcznej ciąży w spójną całość.

Zaznaczę na wstępie, że mój poród nie należał do łatwych, przyjemnych i szybkich, ale który do takowych należy? Nie piszę tego wszystkiego po to, aby kogoś przestraszyć bądź zniechęcić. Myślę, że każda kobieta myśląca o posiadaniu dzieci ma większą bądź mniejszą wiedzę na ten temat i wie/podejrzewa/wyobraża sobie, jak to wszystko boli. Jestem położną, więc nie będę czegoś ukrywać bądź omijać. Napiszę jak było z mojej perspektywy. Bardzo tego potrzebuję, cały pierwszy tydzień po porodzie zasypiałam z tymi urwanymi kadrami z tego dnia. Płakałam do poduszki wspominając tamtą bezradność. Zainteresowanych oczywiście zapraszam do pozostanie ze mną.


Nie mam pojęcia od czego zacząć. Na ten dzień czekałam z niecierpliwością od dłuższego czasu, swoje ciało fizycznie jak i psychicznie szykowałam niemalże od samego początku, jak tylko dowiedziałam się że jestem w ciąży. Cały październik był jednym wielkim wyczekiwaniem, pomimo że zgodnie z obliczeniami na podstawie ostatniej miesiączki Mała miała przyjść na świat 28 października, natomiast z pomiarów z pierwszego badania USG – 22 października. Są to terminy bardzo ogólne, niemniej – sama trzymałam się bardziej tego z USG, z praktyki wiem, że on jest bardziej wiarygodny. Czekałam i czekałam, w sumie niepotrzebnie, jednak myślę że trudy ostatniego miesiąca przyczyniły się do tego znacznie – ciało było wymęczone do granic możliwości. Marzyłam o regularnym skurczach, o budzącym mnie w środku nocy potoku płynu owodniowego, o odchodzącym czopie śluzowym. Dalej czekałam. W końcu postanowiłam – Mała wykluje się kiedy uzna, że jest gotowa, a moje ciało da jej sygnał, że: zaczynamy. Odpuściłam. Zaczęły się dłuuuugie spacery, rekreacyjnie wchodziłam po trzy razy na 6 piętro, tańczyłam przed lustrem, nie żałowałam sobie pysznego jedzenia i już spokojniejsza, relaksowałam się ostatnimi, w miarę przespanymi nocami.

24 października 2016

Wstałam jak zwykle, zdziwiona że znowu udało mi się przespać 8-9 godzin bez ani jednej pobudki. Zrobiłam mężowi śniadanie, wzięłam prysznic, poprosiłam o podwiezienie do Lidla, zrobiłam zakupy, kupiłam zapas mojej ulubionej czekolady, wróciłam pieszo, zrobiłam sobie przepyszne śniadanie, o czym nawet zdążyłam poinformować Was na Instagramie: kkklik. Zrobiłam dwa prania, zapaliłam kominek z Yankee Candle – Summer Scoop, włączyłam nową płytę Lady Gagi – Joanne i położyłam się do łóżka z tabletem, włączyłam Fakty z poprzedniego dnia.

Godzina 11. Zawsze zastanawiałam się jak bolesne są skurcze porodowe. Moje pierwsze dni miesiączki od zawsze miałam bardzo bolesne, pierwszego dnia Ketonal krążył w moim krwioobiegu w ilościach hurtowych. W związku z tym bałam się że ‚prześpię‚ te skurcze, że ich nie rozpoznam na czas. Dziewczyny – nic bardziej mylnego – ich nie da się ‚przespać‚. Inna sprawa że nasza kobieca intuicja jest naprawdę niesamowita – ciało od razu podświadomie wie, że coś się zaczyna. I tak było u mnie. Już jakiś czas temu na telefon ściągnęłam aplikację Contractions. I to ona powiedziała mi kiedy należy powoli się przygotować i ruszyć do szpitala. Najpierw skurcze były co 6-7 minut, średnio bolesne, kiedy złapał mnie w trakcie chodzenia, musiałam na chwilę się o coś oprzeć, przeczekać i mogłam dalej coś robić. Wtedy zadzwoniłam do lekarza, który pod koniec prowadził naszą ciążę – na moje wielkie szczęście był tego dnia na dyżurze! Powiedział żeby na spokojnie się przygotować, przyjechać do szpitala na zapis KTG i na wszelki wypadek wziąć walizkę ze sobą. Zadzwoniłam po Stasia, poczekaliśmy aż skurcze będą mocniejsze, a czas między nimi się skróci. Kiedy czułam je co 3-4 minuty ruszyliśmy do szpitala🙂

Godzina 14. Wykonano zapis KTG, przyszedł do nas mój lekarz, zbadał mnie i powiedział, że skurcze co prawda są dość mocne, ale jeszcze nie tak regularne jak powinny. W badaniu wewnętrznym nie było rozwarcia. Powiedział że weźmie nas na blok porodowy do obserwacji i ma nadzieję że dzisiaj coś się ruszy i rozkręci.

Godzina 15. W trakcie skurczu pęka pęcherz płodowy. W badaniu wew. rozwarcie 1cm, mała wstawia się odgięciowo wierzchołkowo w kanał rodny. Skurcze są coraz mocniejsze i coraz częstsze. Położna proponuje prysznic i łagodzenie bólu wodą – zgadzam się i tak 1,5h spędzam pod prysznicem, który był niemalże wybawieniem. Cały czas jest przy mnie Staś i mi pomaga. Pada pytanie czy chcę dostać znieczulenie zewnątrzoponowe – zgadzam się i czekamy na większe rozwarcie szyjki.

Godzina 17-18:30. Po wyjściu z wody wskakuję na piłkę, chodzę, kręcę biodrami – pomaga, ból jest mniej dokuczliwy. Kolejne badanie wewnętrzne – prysznic zrobił swoje i z 1cm jest 5-6cm, ale dalej odgięciowo. Przychodzi anestezjolog, dostaję znieczulenie i w końcu mam uśmiech na twarzy. Niestety nie na długo – w trakcie pierwszych 30 minut zapisu Małej spada tętno, zamiast cieszyć się znieczuleniem i prowadzić aktywny poród, muszę leżeć pod zapisem. Dostaję Fenoterol – lek, po którym przyśpiesza mi tętno, Mała zostaje wewnątrzmacicznie pobudzona, ale wyciszają się skurcze. Pada decyzja o podłączeniu kroplówki z oksytocyną na najmniejszym przepływie. Kolejne spadki tętna Małej, po kolejnej dawce Fenoterolu, pada decyzja o cięciu cesarskim. Mój lekarz mówi mi, że nie ma co jej męczyć, zwłaszcza że nie wstawia się prawidłowo, może to trwać i trwać, a nie wiemy dokładnie skąd te spadki tętna. Oczywiście zgadzam się na operację, zdrowie Malutkiej jest w tym momencie priorytetem. Mnóstwo papierów podsuwanych pod nos, ręce drżą, nie jestem w stanie nic podpisać.

W momencie kiedy szykują salę operacyjną po poprzedniej operacji, powoli ustępuje pierwsza dawka znieczulenia zewnątrzoponowego. I wtedy to właśnie, przez 20-25 minut, pomiędzy przywróceniem odczuwania bólu a cięciem, zaczyna się najgorszy hardcore w moim życiu. Wiecie co, nie potrafię tego do niczego porównać. Nie wiem co na to wpłynęło – czy to ta oksytocyna, czy nie byłam przygotowana na aż taki ból. Patrzyłam jednym okiem przez mgłę na zapis, skurcze były w kosmos, ból był koszmarny. Leżałam i wbijałam paznokcie w łóżko, gryzłam się w ręce, płakałam. W przerwach między skurczowych zamykałam oczy i zbierałam siły na kolejny, jeszcze mocniejszy. Modliłam się, żeby wzięli mnie w końcu na tą salę i wyciągnęli Małą. Pamiętam przez łzy bezradność Stasia, pamiętam jak położna wzięła mi twarz w swoje ręce i mówiła że już tyle wytrzymałam, że to jeszcze sekundy i córeczka będzie z nami. Pamiętam mojego lekarza, który mówił, że wie że boli, a ja sobie myślałam: co Ty kur** wiesz? Musieliśmy przebrać moją koszulkę na koszulę operacyjną – robiliśmy to w trakcie skurczu, myślałam że zagryzę się na śmierć. Potem, na sali operacyjnej anestezjolog wykonał kolejne znieczulenie, ja oczywiście musiałam siedzieć bez ruchu w trakcie. Na sali była cudowna pielęgniarka anestezjologiczna, trzymała mnie mocno i mówiła, że jak będzie skurcz, to NIE MOGĘ się ruszać, ale mogę ją gryźć. I tak zrobiłam – w trakcie skurczu ugryzłam ją w rękę i wyśliniłam cały fartuch😀 Później przeprosiłam, a ona puściła do mnie tylko oczko i powiedziała: Asia Asi wybaczy😀

Godzina 19:00. Leżę znieczulona, czuję się wykończona fizycznie i psychicznie. Chce mi się potwornie pić. Wiem jak wygląda cięcie cesarskie od drugiej strony. Mój lekarz wykonywał operację. Kiedy wszystko było gotowe, padło pytanie do anestezjologa czy pacjent jest gotowy. Zostałam zapytana czy cokolwiek czuję. Czułam delikatne dotykanie, o czym oczywiście powiedziałam, ale wiedziałam że w momencie kiedy ktoś mnie niby dotykał, był to po prostu skalpel, który rozcinał moje powłoki brzuszne. Przez całą operację anestezjolog pytał czy wszystko ok, pamiętam że ciągle majaczyłam że chce mi się pić, pić, pić … Dostałam lek przeciwwymiotny, bo to samo – koszmarnie chciało mi się wymiotować. W jednej z lamp na suficie widziałam swoją twarz.

Godzina 19:10. Kiedy po kilku minutach urodziła się Marysia, usłyszałam jej krzyk, popłynęła mi mieszanka łez bezradności, szczęścia, zmęczenia i sama nie wiem czego jeszcze. Oceniono ją na 10pkt w skali Apgar, ważyła 3210g i miała 54cm. Położna przyniosła mi ją, abym mogła się z nią przywitać i pocałować. Pamiętam że popatrzyłam na nią, pocałowałam i chciałam żeby już ją ode mnie wzięli. Miałam dość wszystkiego i chciałam tylko napić się wody. A panie wdały się w dyskusje jaka ona śliczna itd … Później Mała została wywieziona z sali operacyjnej i na zewnątrz pokazano ją Stasiowi, on ją już przejął i ciągle z nią był. Mnie w tym czasie zszywali. Po kilkunastu minutach mój lekarz cały rozpromieniony powiedział: no no, pani Joasiu, muszę przyznać że wykonałem fachową robotę – nie naruszyłem tatuaża😀 I to był jeden z przyjemniejszych momentów cięcia cesarskiego po którym chyba nawet się uśmiechnęłam.

Brzmi drastycznie? Tak się czułam, tak to wspominam, tak ten dzień zapamiętałam. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które dobrowolnie (a bo tokofobia, wada wzroku i inne śednie wymówki …) kładły się na stół operacyjny, a co najśmieszniejsze – płaciły za operację kilka tysięcy, bo to bo tamto. Teraz … po tym wszystkim, nie rozumiem ich tym bardziej. Już nie chodzi o samą operację, pewnie gdyby była planowana a nie nagła, wszystko byłoby piękne i kolorowe, może nawet pomalowałabym sobie rzęsy? -.- U mnie wszystko było nagłe, momentami naprawdę nie wiedziałam co się dzieje. Do tego dochodzi morfina po cięciu, ból rany, ciągnięcie. Naprawdę pierwszy tydzień nie był łatwy. Pomimo że w miarę szybko sama się uruchomiłam (bo oczywiście żadna położna się do mnie nie pofatygowała) i już o 5 rano następnego dnia siedziałam na łóżku, a godzinę później dreptałam po sali, to ból był. I ta nieporadność. Proszenie o pomoc przy najbanalniejszych czynnościach. Nie mogłam Małej przystawić do piersi po CC bo nie czułam swojego ciała. Dopiero nad ranem położna mi ją przywiozła i na szczęście mój mały ssak szybko wiedział o co chodzi.

I potwierdzę – wystarczy jeden rzut oka na to nasze małe maleństwo, które mamy, i wszystko co złe nie jest już ważne i istotne. Bo było warto, mimo wszystko. 

I chyba było warto napisać to wszystko. Pomimo że mam teraz spuchnięte oczy od płaczu, czuję jakiś wewnętrzny spokój i poniekąd oczyszczenie. Pamiętajcie – każdy poród jest inny, każdy zacznie i zakończy się inaczej. Czy tak właśnie wyobrażałam sobie mój pierwszy? Pisałam Wam w poście o obawach przedporodowych (klik), ze w tym jednym przypadku nie ma sensu NICZEGO planować, bo po co? Możemy sobie marzyć o pięknym porodzie przy muzyce, świecach i w wannie. Wszystkie nasze plany mogą zostać zrównane z ziemią w przeciągu kilku minut i fakt, że byliśmy nieprzygotowani na takie nagłe zwroty, może być naprawdę nie do przeskoczenia. Lepiej na nic się nie nastawiać i myśleć optymistycznie. W końcu prawda jest jedna: ból porodowy to jedyny ból, który prowadzi do czegoś pięknego.

Na koniec dodam: nie dałabym sobie rady przebrnąć przez to wszystko, gdyby nie mój mąż, który był cały czas przy mnie, aż do zamknięcia drzwi od sali operacyjnej. Jestem potwornie dumna, że tak świetnie sobie poradził.

Ściskam Was mocno i wracam do naszego małego i słodkiego Uzależnienia. Daje w kość, ale powtórzę – wystarczy na nią spojrzeć i nic już nie jest ważne. Trzymajcie się i pamiętajcie o mnie – w miarę możliwości będę pisać!

Asia.


Nasze pierwsze chwile razem:

img_9408 img_9463 img_9467 img_9477 img_0067 img_0071

withi

Informacje o withi

If you wanna make the world a better place . . . take a look at yourself and then make a change . /
Ten wpis został opublikowany w kategorii World hovers around her .. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

19 odpowiedzi na „Mój poród – położna po drugiej stronie łóżka

  1. Ada pisze:

    Asiu, czy rodziłaś w państwowym szpitalu, czy w którejś z prywatnych klinik? Ja tak bardzo boję się państwowych szpitali, że jak już zdecyduję się na dziecko, to chyba jednak wybiorę coś prywatnego… a może jestem w błędzie?

    • withi pisze:

      Pochodzisz z Białegostoku? Obie prywatne kliniki w tym mieście posiadają I stopień referencyjności, dla mnie to absurd że takie miejsca w ogóle istnieją i wiedziałam, że jeżeli zdecyduję się rodzić w Białym (a mieliśmy plan jechać do innego miasta) to będę rodzić w szpitalu państwowym. Nie ma się co martwić – personel medyczny zazwyczaj pracuje i tu i tu, więc to ten same osoby. To jak podchodzą do pacjenta to ich kultura i ich sprawa, z brakiem zainteresowania możesz się spotkać wszędzie. To że komuś zapłacisz nic Ci nie gwarantuje, jaką pomoc otrzymasz. Logicznie myśląc powinno być lepiej, ale czy zawsze jest?
      Nigdzie nie jest doskonale, jednak zdrowie dziecka jest najważniejsze, a myśl, że np po porodzie moje dziecko miałoby przykładowo niedotlenienie i zamiast dostać pomoc na miejscu, byłoby transportowane do państwowego szpitala … jest dla mnie najważniejszym powodem, dlaczego tak zdecydowałam🙂

  2. Marzycielka pisze:

    Bardzo Ci gratuluje, To co napisałaś jest bardzo wzruszające pomimo trudu przez jaki przeszłaś. Jednak pomimo ciężkich chwil bardzo Ci zazdroszczę tych cudownych dni, miesięcy, lat, które Was teraz czekają z córeczką. Będziecie z dnia na dzień patrzeć jak się zmienia na Waszych oczach i kształtuje się z niej dobry człowiek. Moja córcia też urodziła się 24.10, tylko 21 lat temu. I życzę Ci, żeby Twoja córcia przyniosła Ci tyle samo wzruszeń, radości, dumy. Małe skorpionice są cudowne. Tak jak ich mamy😉. Uściski

    • withi pisze:

      Dziękuję! Mam nadzieję że tak będzie, obserwowanie jak zmienia się każdego jednego dnia, jest czymś przepięknym dla każdego rodzica. Ściskam również Ciebie i Córkę🙂

  3. pola pisze:

    Gratuluje pieknej corki🙂 jednak jestem zdanua ze nie mozna sie dziwic ze jedna kobieta chce cc a druga sn. Kazdy porod jest inny. Ja na 2 tyg przed planowanym porodem dowiedzialam sie ze jest zagrozenie dla mojego malenstwa i ze na drugi dzien bede miala wykonane cc. Nie ukrywam ze bardzo sie z cesarki ucieszylam. Dla mnie tj bezpieczniejsze i z tego co slyszalam podczas operacji nic nie czuje .. a bylo troche inaczej ..od godz 13 nast dnia przez 4h bylam podlaczona na ktg.. nagle cos sie zaczelo dziac pielegniarki biegly ze mna na sale… dostalam zastrzyk w plecy… kazali mi sie polozyc.. mialam wrazenie ze spadne ze stolu operacyjnego… bylo mi nie dobrze… nie czulam skakpela ale czulam jak lekarze mi lamia zebra zeby wyciagnac malego.. tak to czulam . Po 10 min urodzilam zdrowego synka.. potem bylam na sali pooperacyjnej nic nue bolalo.. leki co 4h dostawalam po 14h mialam wstac .. z pomoca pielegniarki udali mi sie.. rana bolala ale nie byl to taki bol zeby nie wstac z lozka.. podobny po wycieciu wyrostka . Rodzilam popoludniu wr wt a w czw normalnie chodzilam i bylo tylko lepiej. Dlatego nie wyobrazam sobie druguego porodu sn. dziewczyny ktore lezaly ze mna na sali .. przy sn popekaly.. druga miala kleszczowe i uwierzcie mi ze dluzej do siebie dochodzily niz ja . Kazdej to jest sprawa indywidualna jak chce rodzic. Nie powinno sie krytykowac jesli ktoras swiadomie chce cc lub za nie placi .. albo sn. Pani jest polozna miala zle doswiadczenie i pewnie stad takie podejscie do dziewczyn „cc” pozdrawiam!:)

    • withi pisze:

      Hej. Dziękuję!
      Odniosę się do tego co napisałaś – broń Boże nie chciałam w swoim wpisie nikogo krytykować, jestem ostatnią osobą która krytykowałaby inną kobietę za to jak chce rodzić, karmić czy wychowywać swoje dziecko! Wpis pisałam pod wpływem dużych emocji i jak teraz przeczytałam raz jeszcze, to faktycznie ta część odnośnie cc mogła tak zabrzmieć. Ja po prostu zaznaczyłam, że nie rozumiem takich wyborów. Nie rozumiem z prostego względu – jestem osobą, która nie znosi być skazana na innych, naprawdę czułam się bardzo źle tuż po operacji i dochodziłam do siebie bardzo długo jeszcze w domu.
      Wielokrotnie pisałam że cięcie to zasługa rozwoju medycyny, operacja która niejednokrotnie uratowała życie mam i ich dzieci. Kiedyś nie byłoby to możliwe, dzisiaj jest. Nie można tego krytykować.
      Pozdrawiam i dziękuję za Twój komentarz🙂

    • kitti pisze:

      Asiu bardzo Ci gratuluje! Bylas bardzo dzielna (Twój mąż też z tego co piszesz). Wzruszyłam sie czytając ten wpis. Tak szczerze to opisałaś i poczułam sie podbudowana ze mimo tych cierpień uważasz ze bylo warto.
      Jak sie teraz czujesz?
      Ja to napisalas nie zrozumiałam jak krytykę cc, bardziej ze poniewaz plusy i minusy cc i sn, wolalabys sn. Na pewno wpływ na to miał Twój porod, ale jako położną możesz sie wypowiedzieć obserwując wieksza grupę kobiet – każdy przypadek jest inny, ale jednak można zaobserwować pewne tendencję.
      Czasem kobiety rozumieją cesarkę jako taki malo inwazyjny zabieg, który zaoszczędzi im stresu i bólu, a nie biorą pod uwagę skutków ubocznych i mysle ze dobrze ze poruszyłas ten temat.
      Nie chodzi mi o to żeby kogoś krytykować, tylko że warto zaufać lekarzowi i położnej, bo maja większą wiedzę i doświadczenie a nie zawsze to co wydaje sie nam ze jest dla nas lepsze w rzeczywistości takie jest. Nie zawsze znamy wszystkie plusy i minusy itp dlatego chociaż jestem za tym ze każda kobieta może chcieć rodzic w dany sposób, to lepiej żeby ostateczna decyzja należała do lekarza i poloznej bo oni potrafią szerzej spojrzeć na daną sytuacje. Ja bym się bala – mam nadzieje ze moje obawy są niesluszne – ze mając cesarkę „na zycznie” jest to na zasadzie, ze skoro kobieta chce cesarkę, to się ją wykona nawet jeśli w przypadku tej kobiety i tego dziecka przeważają minusy takiego porodu.
      W ogóle zastanawiam sie nad używaniem kleszczy podczas porodu – czy często się to zdarza? Czytałam ze prawidłowo założone kleszcze nie powinny uszkodzic dziecka, czy to prawda?
      Jesli chodzi o pękanie krocza, to czy to nie jest tak, ze w czasie porodu polozna prowadzi ochronę krocza i nacina je żeby nie pękło? Jak bardzo boli takie nacięcie? Jakie duze są szanse ze przy dobrze prowadzonej ochronie krocza, dojdzie do pękniecia?
      Trzymaj sie😉

      • withi pisze:

        Hej! Dziękuję że pytasz – teraz, po prawe trzech tygodniach już dobrze. Ciało wróciło już do względnej normy, teraz na głowie mam inne zmartwienia, ale już tylko te związane z malutką, czyli nieprzespane noce, bóle brzuszka i inne podobne.
        Co do tendencji, oczywiście = po porodach fizjologicznych kobiety diametralnie szybciej dochodzą do siebie, po godzinie-dwóch same zajmują się maleństwem, biorą prysznic, jedzą. Oczywiście – nie jest to reguła, jednak procentowo jest to znaczna większość. Nikt nie zobaczy kobiety po cięciu, która po dwóch godzinach przewija swoje dziecko. Jest to nierealne, jako że jest po operacji i jest się pod stałą obserwacją.
        Pytasz o kleszcze – zależy od szpitala. Jeżeli jest brak postępu w porodzie, w niektórych placówkach personel pomaga sobie kleszczami, w innych próżnociągiem. Dobrze założone kleszcze czy próżnociąg nie uszkodzą dziecka.
        Odnośnie nacinania krocza – jeżeli położna widzi że tkanki są niedotlenione, nie ryzykuje pęknięciem i nacina krocze na szczycie skurczu, tak, że kobieta w ogóle tego nie czuje. Często kobiety nawet nie wiedzą że nacięcie zostało wykonane, bo po prostu jest to bezbolesne. Wiele czynników ma wpływ na to, czy nacinanie będzie niezbędne. Jeżeli kobieta prowadzi aktywny poród, położna proponuje przyjmowanie pozycji wertykalnych – wszystko idzie w zgodzie z grawitacją, dodatkowo dziecko nie jest zbyt duże, poród nie wydłuża się – ochrona krocza w większości przypadków wystarcza. Tak jak mówię – to położna ocenia czy trzeba krocze naciąć, aby uniknąć pęknięcia. Doświadczenie robi swoje, jeżeli widzi że trzeba to nacina. Lepsze małe nacięcie niż pęknięcie, np do odbytu.

        Ściskam!🙂

  4. Jesteście przecudowni razem:) Gratuluję Wam takiego Szczęścia! Czytając Twój post przypominam sobie mój poród, przeszlysmy prawie przez to samo tylko u nas nie tetno dziecka, a moje omdlewanie z bólu i wysiłku spowodowało cc ale również było warto:) Uściski dla Malutkiej:)

  5. Kat pisze:

    Wow, jestem w szoku po przeczytaniu tego, mega szacun, że przetrwałaś takie trudne doświadczenie, nie wiem jak wszystkie kobiety to robią, ale cieszę się że mogłam przeczytać taki szczery opis tych przeżyć napisany przez kogoś znajomego (choćby przez bloga). Teraz wiem że muszę się na to psychicznie przygotować, bo zawsze chciałam mieć czwórkę dzieci, ale jakoś zapominałam o tym jaki to ogromny trud i ból (oczywiście wart przeżycia mimo wszystko). Jestem pełna podziwu dla wszystkich kobiet, chyba więcej się powinno mówić o tym jakie musimy być silne🙂 Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia i siły!

    • withi pisze:

      Po to jest 9 miesięcy żeby przygotować się psychicznie – nie ma tak, że ktoś jest gotowy już na starcie. Masz rację – powinno się o tym więcej mówić. Dziękuję za komentarz, pozdrawiam ciepło!🙂

  6. Wzruszyłam się strasznie -bardzo emocjonalny opis. Mnie to samo czeka za mniej więcej 4 tygodnie. Też nie rozumiem kobiet, które dobrowolnie i na własne życzenie poddają się cesarskiemu cięciu. Wszystkiego dobrego 😊

  7. maszeruj pisze:

    Te wspomnienia mrożą krew w żyłach…

  8. Angelika pisze:

    Ja też się popłakałam, tyle emocji w tym wpisie. Śliczna córeczka, gratuluję i ślę całusy! :*

  9. vuze90 pisze:

    Az sie poplakalam, kiedy to czytalam. Najwazniejsze,ze wszystko sie udalo i obie jestescie zdrowe🙂 sciskam mocno!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s