dwa lata ‚na wygnaniu’, czyli kilka refleksji na temat studenckiego życia poza domem

***

530189_426136760782267_1637564155_n

* klikamy i lubimy 🙂

Na to aby opisać, skrócić i streścić dwa ostatnie lata naszło mnie, podczas dość banalnej czynności, jaką jest … odkurzanie. Lubię odkurzać, generalnie jest to moja ulubiona (a tym samym jedyna?) czynność domowa, która mnie, wbrew pozorom, totalnie wycisza, uspokaja i skłania do rozmyśleń i rozważań wszelakich. Koniec jednak o odkurzaniu – przyszłam tu z taką moją pogadaną, czy też poczytanką dla Was, więc zainteresowanych zapraszam do dłużej lektury 😉

Mogę śmiało powiedzieć, że w temacie wyprowadzki z domu rodzinnego do innego miasta (cel: studia), pomimo zaledwie dwuletniego stażu, mam coś konkretnego do powiedzenia, a co więcej – przez te dwa lata w mojej głowie przeszło mnóstwo huraganów, burzy, tornad, kataklizmów i innych destrukcyjnych klęsk żywiołowych, które raz były zalążkiem późniejszej bezsilności, w innych momentach dawały siłę i motywowały.

Zacznę bardziej ogólnie, od tak zwanych podstaw, a następnie skupię się na ważniejszej części. Pochodzę z okolic Rzeszowa, na studia wywiało mnie aż do Warszawy (piszę aż, bo dla mnie 312km to na ten moment duże AŻ, aczkolwiek podziwiam moich znajomych, których wywiało AŻ AŻ AŻ do Szczecina czy Gdańska). Pytanie: Dlaczego Warszawa, a nie np Kraków, Lublin? początkowo padało kilka razy/tydzień, a ja tylko powtarzałam w kółko wyćwiczone kwestie, niektóre dziecinne i głupie, ale napiszę wszystko co pamiętam, bo w końcu ma być szczerze. Odpowiadałam: bo … nie lubię Krakowa ; chcę studiować na WUMie ; ciągnie mnie do Warszawy ; mam brata w Warszawie ; jak będę studiować w Krakowie to będę do domu wracać co tydzień ; Kraków to ciut większy Rzeszów, a ja Rzeszowa nie lubię ; w Warszawie mają miejsce wszystkie najważniejsze wydarzenia ; … I w zasadzie to nie mogę niczemu zaprzeczyć – tak właśnie odpowiadałam, tak właśnie było no i poniekąd wciąż tak jest – tylko kilka argumentów zostało brutalnie zrównanych z ziemią i rzeczywistością. Tuż po maturze, te dwa lata temu, w grę wchodziła tylko Warszawa, ewentualnie Wrocław – przy czym trasę Rzeszów-Warszawa pokonuje się +/- 4,5h, z kolei Rzeszów-Wrocław +/- 7h, i ten aspekt tutaj chyba zdecydował – bo ok, o ile trasa Rzeszów-Kraków = 2h to zdecydowanie powód do baaaaaaaardzo częstych wizyt w domu, tak obecne 4h z kawałkiem to trasa idealna … a przynajmniej idealna na tamten moment. I nie pomyślcie, że wycieczki do domu to był wówczas dla mnie jakiś mus – broń boże. Ja jestem potwornie związanym i zżytym z rodziną i domem, człowiekiem, o czym więcej będzie później, więc to nie o to w tamtym momencie chodziło. Ale ok, padło na Warszawę. Rodzice nie mieli żadnych uwag, nikt nie stawiał mi żadnych przeszkód, więc we wrześniu Anno Domino 2011, zwarta i dzielna do podboju świata, stawiłam się w nowym, bemowskim mieszkaniu, zbyt zafascynowana tym wszystkim, aby dopuszczać do głowy wewnętrzne lęki i zwątpienia. Tym samym zapraszam do wpisu, który powstał tuż przed ostateczną przeprowadzką – kkkkkkklik (widać w nim, co po części wtedy we mnie siedziało)

I ROK ‚NA WYGNANIU’

Tak jak przypuszczałam – multum wszystkiego, zaczynając od nowych znajomych, nowe mieszkanie, studia, przeróżne wyjścia, nowe miasto, samodzielność … wszystko pochłonęło mnie w takim stopniu, że początkowo o jakiejś większej tęsknocie nie było mowy. Wydaje mi się że w tym ‚związku’ najbardziej tęskniła moja mama, która dzwoniła i wypytywała o niemal wszystko – czy zrobiłam sobie obiad, co robię, co zrobię, co zrobiłam. Z tego co pamiętam pierwszym powrotem do domu był 11 listopada, później święta BN, kilka dni na feriach, Wielkanoc i jeden powrót przed sesją, czyli nie tak wiele, bo łącznie byłam pięć razy w ciągu całego roku akademickiego.

Generalnie rok był potwornie ciężki – głównie psychicznie i to właśnie drugi semestr pogrążył mnie całkowicie – było trzykrotne pakowanie do domu (o czym wielokrotnie Wam tutaj pisałam), rzucanie studiów, telefony z płaczem do mamy, stwierdzona tachykardia i leki na serduszko, brak sił, brak chęci do czegokolwiek … Tak, to prawda – drugi semestr w porównaniu do pierwszego to był nie dół, a olbrzymi krater na wszystkich płaszczyznach. Było ciężko.

* Moment, kiedy naprawdę POCZUŁAM że nie ma przy mnie rodziców, którzy będą na każde zawołanie, że tatuś nie przyjedzie na każdy telefon z serii: tato, wiem że jest środek nocy, ale nie ma kto po mnie przyjechać … , a mamusia nie zrobi ciepłego obiadku, jak zmęczona wrócę z uczelni? – była to końcówka listopada i sytuacja, kiedy zakrztusiłam się tak bardzo, że wylądowałam na laryngologii na ostrym dyżurze w szpitalu na Międzylesiu (dla mnie warszawski koniec świata, dokładnie ponad godzina drogi), ze spuchniętą szyją i trudnościami w oddychaniu. Rodzice siedzieli na telefonie, przyjechał do mnie brat, a ja umierałam z bólu i bezsilności. To był zdecydowanie moment, kiedy dobitnie zdałam sobie sprawę z beznadziei mojego położenia, na tamten moment i z brakiem rodziców. Później przyszedł czas na refleksję – albo jestem dorosła i radzę sobie w miarę możliwości, albo tylko bawię się w dorosłość, a tak naprawdę to jestem gówniarą, która nie dorosła jeszcze do samodzielności. Szybko się wszystkiego uczyłam, w dniu dzisiejszym wiem, że sobie poradzę.

* o ile miałam w tamtym okresie przeróżne dziwne myśli, głównie związane z uczelnią, przepracowaniem, zaniedbywaniem bliskich, których zostawiłam w Rzeszowie, tak z mieszkaniem trafiłam niemal w dziesiątkę. Wiele słyszy się o wynajmowaniu mieszkań – historie o dziwnych współlokatorach są niemal kultowe, niektóre śmieszą, inne przyprawiają o dreszcze. Jeżeli chodzi o znalezienie mojego pierwszego mieszkania, było to robione przeze mnie pod wpływem solidnej dawki emocji – początkowo mieliśmy z bratem dostać mieszkanie od rodziców, jednak tuż po tym jak dostałam się na studia, a temat mieszkania w końcu był priorytetem, doszło do leciutkiej sprzeczki między rodzeństwem, o której nie chcę pisać. Z obecnego położenia przeogromnie cieszę się że tak wyszło … gdyby nie, to nie poznałabym tych wszystkich ludzi, których dane mi było poznać – zaczynając choćby od współlokatorów i obecnych i poprzednich. Usiadłam, włączyłam Gumtree (które jest najcudowniejszym miejscem do szukania mieszkań!) i wkurzona, z zaciętą miną z kategorii: ja im wszystkim pokażę! znalazłam kilka mieszkań, kompletnie nie znając wtedy Warszawy – punktem odniesienia była ulica Żwirki i Wigury 63 (uczelnia) i strona jakdojade.pl. Kilka dni później pojechaliśmy z tatą na tournee po tych mieszkaniach, byliśmy ostatecznie w dwóch, a to trzecie, bemowskie mieszkanie sprawiło, że powiedziałam i tupnęłam nogą: tato, chcę tu mieszkać! (Stanisław, nigdy nie zapomnę Twojej ogolonej głowy!). I tak też się stało …. czego nie żałuję, bo pomimo zbyt dużej ilości domówek (eh & ehh), było naprawdę super. Wszyscy mi mówią że jestem totalną szczęściarom, że trafiłam od razu tak dobrze – mam wielu znajomych, którzy zmieniają mieszkanie po pięć razy na rok akademicki, a wiąże się to z przeróżnymi powodami – od tych związanych ze współlokatorami, przez lokalizację, złe warunki, jakieś problemy z właścicielem itd itp.

* minusem, na pewno bardzo odczuwalnym, sytuacji w której byłam, no i wciąż jestem, jest brak moich przyjaciół tutaj na miejsce – głupie wiadomości, smsy, telefony czy Skype mimo wszystko nie jest nawet w 30% tym samym, co zwyczajne spotkanie na żywo

* kończąc ten punkt – czy były momenty że żałowałam wyboru, że chciałam wrócić, że Warszawa okazała się inna, niż ją sobie sama wykreowałam w głowie przed zamieszkaniem w niej? Nic z tych rzeczy … w Warszawie poza olbrzymią stratą czasu w komunikacji miejskiej, do tej pory nie przeszkadza mi nic (choć i do tego można się przyzwyczaić). Także do miasta, jako tako, nie mogę się przyczepić. Jednak pięciogodzinne podróże zaczęły mnie w końcu męczyć … rzadkie wizyty w domu (rodzice do mnie często przyjeżdżają, ale to nie to samo co własny pokój i kilka dni resetu), brak mojej szynszyli, zbyt ciężki rok na uczelni i kilka innych powodów – suma sumarum cały rok był jednak na plus.

II ROK ‚NA WYGNANIU’

W zasadzie to ten rok, muszę przyznać, był totalną sinusoidą – raz pod górkę, raz z górki. W domu bywałam zdecydowanie częściej, co wiąże się poniekąd z moją obecną sytuacją oraz tym, że często korzystałam z okazji i zabierałam się z bratem samochodem (przy okazji dziękuję za połączenie Warszawa-Rzeszów PolskiegoBusa – uwielbiam z Wami jeździć i nadrabiać minimum dwa filmy :)). Poznałam znowu wielu wspaniałych ludzi, zaczęłam porządnie pracować (choć wciąż nie wiążę tego co robię z pracą, a z przyjemnością), zmieniłam mieszkanie, poukładałam to, co w zeszłym roku zaniedbałam czy przez brak czasu, straciłam.

Suma sumarum rok chyba lepszy – dużo nowych sytuacji, brak czasu, przez co ograniczenie ‚życia wirtualnego’ na korzyść tego znacznie przyjemniejszego i prawdziwego 🙂

Warszawę jak lubiłam tak uwielbiam dalej i równie mocno. Z czasem przywiązałam się do tego szybkiego życia tu tak bardzo, że większą część wakacji spędzę właśnie w stolicy. To miasto jest ogromne i to właśnie ten jego ogrom jest tak bardzo hipnotyzujący. Obojętnie gdzie pójdziesz – wszystko będzie inne i na nowo – nowe. No i ta częściowa samodzielność i niezależność – piszę częściowa, bo nie – nie zarabiam sama na siebie, jest to w tym momencie awykonalne. Ale cieszę się, że zarabiam sobie na swoje przyjemności, bo takie przyjemności są zdecydowanie najprzyjemniejsze. Choć nie ukrywam, że gdzieś tam głęboko marzy mi się już zupełna niezależność – to musi być cudowne uczucie. No ale, przyjdzie na to kiedyś czas.

Póki co gorąco Was pozdrawiam i wracam do moich obowiązków. Mam nadzieję że przynajmniej częściowo przybliżyłam Wam jak to u mnie wyglądało. Naprawdę na ten moment NIE WYOBRAŻAM sobie studiowania w rodzinnym mieście i mieszkania z rodzicami. Według mnie studia to idealny moment, aby przeciąć tą pępowinę, pomimo że na początku boli jak cholera i okazuje się, że zrobienie obiadu, zakupów, prania, posprzątanie pokoju, do tego nauka, wyjście do kina, praca, spotkanie ze znajomymi, impreza, pomalowanie paznokci, obejrzenie filmu, wyjście na rower to wcale nie takie proste do pogodzenia, zrobienia a co najistotniejsze – upchnięcia w dwudziesto-cztero godzinną dobę. Czasami są dni, oczywiście, że wracam zmęczona i myślę sobie w głowie: oh, jak cudownie byłoby gdyby czekał teraz na mnie obiadek, a mama zadzwoniła wcześniej z pytaniem: na co masz dzisiaj ochotę? może na naleśniki?. Wpadam do tego mieszkania, otwieram lodówkę, a tam … jogurt, jabłko i zepsute mleko (ok, trochę koloryzuję rzeczywistość – moja półka jest zawsze wypełniona po brzegi, o to akurat dbam :D). I uśmiecham się, bo wiem, że na takie życia sama się zdecydowałam.

PS: Obudziliśmy się o czwartej nad ranem – takie niebo nas przywitało:

2013-06-15 04.10.49 2013-06-15 04.10.58

401950_666914109991256_393455413_n2013-06-15 16.562013-06-09 08.44.24 2013-06-13 09.21.55

Przynosi szczęście, zdecydowanie 🙂

2013-06-15 14.14.57 2013-06-15 14.52.042013-06-14 11.03.21

2013-06-14 11.56.04

***

Co za głos … uwielbiam, cudowne:

withi

Reklamy

3 thoughts on “dwa lata ‚na wygnaniu’, czyli kilka refleksji na temat studenckiego życia poza domem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s