urywki z życia

***

Nie wiem co się dzieje. Wczoraj z tej całej niemocy popłakałam się i pierwszy raz było mi tak źle, i tak bardzo odechciało mi się tych wszystkich zajęć, studiowania i jedyne o czym marzyłam to powrót do tego co było choćby rok temu – do domu. Dziwny dzień … niby wszystko ładnie, pięknie, nawet pod koniec tej 14nasto godzinnej męczarni (od 5 do 19 poza domem -.-) na seminariach z podstaw opieki położniczej, mieliśmy olbrzymi temat o laktacji i na koniec oglądaliśmy filmy z sali porodowej, kiedy to tyle co urodzony noworodek, położony na brzuchu mamy, sam trafił do cycia, czyli do jedzonka *.* (wiąże się to z tym że brodawka ma podobny zapach co płyn owodniowy, który kilka chwil wcześniej opuścił, stąd niektóre noworodki zaraz po urodzeniu już mogą zacząć pobierać pokarm, dlatego tak ważna jest ta akcja – kkkklik). Widok uroczy, zresztą – wszystkie zajęcia stricte położnicze wciąż mi się niezmiernie podobają i zdania na ich temat nie zmieniam … niestety mój humor diametralnie zmienił się, kiedy dowiedziałam się że komisyjne zaliczenie z biochemii mamy w sobotę 14 stycznia … Nie wiadomo z czego się tego uczyć, nikt nic nie wie, wszyscy jesteśmy w kropce i w zasadzie, jak polecę na tak żałosnym przedmiocie, to się chyba pokroję. A poważnie mówiąc czy też sytuację obrazując – chodzi o to że z biochemii mieliśmy tylko kilka wykładów (połączone z ratownictwem medycznym i pielęgniarstwem, czyli dobre hm … 800 ludzi w auli?) i z roku na rok przechodził ten sam test, bo jak widać powyżej – przedmiot typowy ‚zapychacz’ i nikt szczególnie nie zawracał sobie nim głowy. I byłoby w tym roku podobnie, gdyby nie jakaś iście zdolna bestia z naszego kierunku, która dzień wcześniej przed zaliczeniem zadzwoniła do zakładu biochemii z pytaniem, uwaga: „czy oby na pewno będzie ten sam test, bo nie wie biedna czy ma się uczyć czy go wkuć …-.- Takim oto cudem, test był taki, że przeczytanie ze zrozumieniem jednego pytania zajęło mi dobre 3 minuty, i co z tego że rozumiałam może 1% pytania … Na test mieliśmy jakieś 35 minut, zadania z zakresu nie-wiadomo-jakiego i kilka osób które dały radę i się wstrzeliły. No okej, fajnie. Pokazałabym ten test, ale może zrobię to lepiej po zaliczeniu – będzie bezpieczniej i kto wie – może będzie mi wówczas wszystko jedno? Powiem Wam tylko, że naprawdę odbiegało to solidnie od tego, co zawsze uważałam za ‚biochemię’ na poziomie licealnym, czy takim, jaki był na wykładach – czyli bardziej szczegółowa powtórka z liceum, taka bardziej, bardziej. Spoko, zobaczymy.

Szczerze mówiąc to zrobię wszystko co w mojej mocy. Już sobie dni od czwartku do niedzieli  wyznaczyłam na ten przedmiot i na PP, które też mam w przyszłym tygodniu. W ogóle ten styczeń to jakiś pogrom … Do sesji zacznę się uczyć jakieś cztery dni przed pierwszym egzaminem, bo inaczej nie ma szans. Jak uda mi się to wszystko pozaliczać, a przy tym wyglądać jak człowiek i nie zachowywać się jak jakieś dzikie zwierzę w puszczy, to pójdę do Magdy Gessler na kremówkę z czekoladą za 30zł. (dzisiejsze techniki położnicze chociaż dobrze mi poszły … jedna rzecz póki co z głowy)

Trochę fotorelacji z życia człowieka, który właśnie trawi obiad i najmocniejszy ketonal, nie wie co się dzieje i generalnie czuje się wypłukany. Dodam, że w dodatku dzisiaj w sklepie, wepchał mi się jakiś dziadek z wózkiem pełnym owoców i warzyw do ważenia (tak tak, w Auchan dalej nie można ważyć przy kasie :|), i z hasłem: ŚPIESZY SIĘ PANI!? Normalnie skwitowałabym to krzywym spojrzeniem, ale ustapiła, bo to dziadek, więc niech ma dziką satysfakcje, skoro to jedyna rozrywka pełna adrenaliny w jego życiu – wpychanie się w kolejkę ‚niewychowanej młodzieży’ w sklepie … Dzisiaj jednak trafił na mój zły dzień, stąd odepchnęłam jego wózek z taką mocą, że aż moje mięśnie się zdziwiły (ostatnio są bardzo leniwe – pewnie jutro od tego wszystkiego będę miała zakwasy ahaha)) i powiedziałam tylko: na pewno bardziej niż Panu … Mina przegranego w tej bitwie dziadka – bezcenna.

Obiad w Greenway’u – gulasz meksykański (sojowy, dla mniej bystrych), z czerwoną fasolką i kukurydzą, do tego kasza (można ryż pełnoziarnisty) i trzy surówki. Zjesz, wstajesz i ledwo się toczysz. A do tego w Twojej krwi płyną same witaminy i samo zdrowie. Jest pysznie. Ostatnio ciągle brałam krokieta z grzybami, albo naleśniki ze szpinakiem czy owocami – wczoraj postawiłam na to cudo. Besides, znam ich cały jadłospis, wszystkie ciastka, dania, surówki i zupy mam wypróbowane – wszystkie kocham tak samo i nie byłabym w stanie wybrać najlepsze (zapiekanki ziemniaczanej nie lubię, bo dodają do brokułów sos śmietankowy, a jakoś nie lubię tego połączenia. tzn można poprosić bez sosu, ale jak wzięłam ją kiedyś pierwszy raz, to nie wiedziałam że takie połączenie raczej mi nie posmakuje, więc teraz mam do tego dania lekkie obrzydzenie)

Rękawiczki pod prysznic ze świątecznej edycji The Body Shop:

Kolejny powód do bycia złym – brak miejsc, wszystkie bilety wyprzedane a ja zielona i niepoinformowana że taka sprzedaż w ogóle ruszyła … Zapisałam się do informacji, aby wysłali mi maila jak tylko będzie możliwość, to nie kuźwa. I takim oto sposobem symfoniczny Michael uciekł mi sprzed nosa. I Maksowi też, bo razem się szykowaliśmy …

Wierzcie czy nie … ale byłam ostatnio świadkiem bitwy trzech York’ów. Stoję sobie, robię obiad w kuchni, a nagle te małe szczurki, ‚szczekające’ jak marcujące koty, biegną w tempie nieosiągalnym do zanotowania dla ludzkich gałek ocznych i rzucają na siebie z tymi przerażającymi paszczami. No normalnie uroczy widok, aż zdjęcie pstryknęłam (szkoda że trochę za późno – chyba jeden z nich już się poddał):

Byłam dzisiaj w dziekanacie odebrać skierowanie na wakacyjne praktyki. Nieważne, że mogę się ich w sumie nie doczekać, nieważne. Ważne że przynajmniej kartkę będę mieć, informującą że czeka mnie 200h na sali porodowej … To jeden z wielu powodów, dla których postanowiłam jeszcze trochę powalczyć i może sprostać biochemii:

Moje poranne królestwo – taki koszyk to super sprawa – mam tam pod ręką wszystko co aktualnie częściej bądź rzadziej używam – pędzle i podkłady są wpakowane w jeszcze mniejszy koszyczek, którego być może nie widać, tak aby stały w miarę w solidnie, a nie były porozrzucane, bo wówczas nie miałaby to żadnego sensu.

I kawałek drugiego królestwa:

***

Gavin towarzyszył mi wczoraj przez niemal całą, 35minutową, tramwajową podróż na zajęcia. Zakochałam się doszczętnie w tej piosence:

I Bruni na koniec:

Advertisements

9 thoughts on “urywki z życia

  1. Loka pisze:

    Uhuhu
    widzę, że nie tylko u mnie są takie „zdolne” bestie, które z takimi pytaniami idą wprost do prowadzącego 😀

    Nie jesteś sama, ja też zaczynam w siebie powoli wątpić.

    • withi pisze:

      Tzn ja może w siebie nie wątpię, bo znam siebie jak nikt inny i wiem, że jak na czymś mi zależy do zrobię wszystko, aby to osiągnąć – problem bardziej z pogodzeniem tego wszystkiego co wokół.

      Damy radę. Jak znajdę chwilę to skoczymy na tą obiecaną kawę ; – ) !

  2. Majk:) pisze:

    Aś, trzymaj się i nie poddawaj! :* niestety nie mogę Cię przytulić na żywo, ale zrobię to chociaż elektronicznie pamiętaj, że specjalnie czekam z rodzeniem dzieci na Ciebie! 😀
    Ty poradzisz sobie z biochemią, a ja z prawoznawstwem, nie jesteśmy pierwsze i nie ostatnie 😉
    A z tym dziadkiem… Hahaha 😀 brawo, Asia! Kultura wszystkich obowiązuje, niezależnie od wieku, a ten pan chyba o tym zapomniał…

    • withi pisze:

      Mam nadzieję że Twój pierwszy bobas, z latynoską pupą, wyląduje w moich rączkach.
      I ja ślę do Ciebie ciepły uścisk, pozdrów Rzeszów i wyślij całusa do Rogera, bo Twój całus dojdzie szybciej, aniżeli mój ; – (

      ;**

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s