large and endless

***

Autobusy od zawsze były dla mnie kopalnią plotek, przepisów na schabowego czy historii-prosto-z-życia wziętych. Kilka razy, dość nieświadomie, zostałam natchniona, czy zainspirowana by owe tematy zgłosić do programu Ewy Drzyzgi, jednak to właśnie wtedy dochodziło do mnie, że nie ma sensu pakować się do życia osób, z którymi nie dzieli nas nic, oprócz niebezpiecznie, z zawrotną prędkością, toczącego się autobusu. Z reguły moją barierą od tych z pozoru banalnych, życiowych ciekawostek, były słuchawki i kawałek dobrej muzyki. Jednak są czasami takie momenty, kiedy to ta zbawienna do tej pory muzyka męczy, a chęć by posłuchać odgłosów odbijających się od szyby kropli deszczu, jest silniejsza. Tak też było tamtego dnia. Nie lubię podsłuchiwać. A jak nawet coś przypadkowo przeleci przez drogę: małżowina uszna-błona bębenkowa-młoteczek-kowadełko-strzemiączko-narząd Cortiego (nie wiem czy dobrze, who cares? mam wakacje i zero ochoty by sprawdzić wiarygodność drogi sygnału dzwiękowego przez ucho) staram się ową plotkę przepuścić przez głowę i generalnie nie wykorzystywać przeciwko nikomu. (i tutaj dostrzegam pewną zmianę, głównie w sobie, i w tym kim byłam dobre trzy lata temu, kiedy wszystkie ‚sekrety’ powierzane przez kogoś mojej osobie, za kilka godzin docierały już od przynajmniej kilkunastu zakątków) Tym razem podsłuchałam, ale postanowiłam wszystko co wychwycił mój narząd Cortiego wszczepić tylko i wyłącznie w moje życie. Albo inaczej – w tym co powiedział ten chłopak, siedzący przede mną, była pewna prawda, wyjęta jakby prosto z mojego życiorysu.

Wiecie, najgorsza jest obojętność. Nie nadmierne epatowanie szczęściem, radość, narcyzm, samouwielbienie. I też nie złość, gniew, wściekłość, zgryźliwość. Obojętność jest czymś, co kiedyś, codziennie rano napawało mnie strachem, w którego zabiciu najbardziej pomagały mi wówczas bliskie osoby i sok z dużą ilością cytryny, który jakby wypłukiwał ze mnie te wszystkie toksyny, nawarstwiające się przez całą noc, w moim umyśle, płucach aż do opuszków palców u stóp. Po co wstawać? Dzień jak każdy inny, tak zwane wielkie nothing special i zero energii by zrobić coś szalonego, innego, czegoś nie-na-miejscu. Jaka będzie przyszłość? Czy wychodząc z domu nie wpadnę pod samochód? Koniec końców przez umysł każdego człowieka przebiegają tak idiotyczne zahamowania, które brutalnie kolidują z wcześniejszymi planami, które miały dać nam tę siłę i optymizm na każdy następny dzień. Najtrudniej jest znaleźć wyjście z tej sytuacji … jest to jak szukanie igły w stogu siana, gdyż tak naprawdę nie możemy być do końca pewni gdzie leży problem. Ale warto szukać. Po to choćby, żeby każdy dzień zaczynać z uśmiechem na twarzy, zapałem do zmian i do życia. Takiego prostego, najbanalniejszego – życia.

Miałam dzisiaj straszny sen. Był on jakby odpowiedzią na pytania, które kiedyś zadawałam sobie ze zbyt dużą częstotliwością jak na osobę w moim wieku, otóż – co będzie jak … tak po prostu mnie już tu nie będzie? Czy ktoś będzie płakał jak się dowie że nie żyję? Czy ktoś odda moje narządy, jeżeli tylko miałoby to komuś pomóc? i inne, tego typu, bez konkretnej odpowiedzi, niekończące się pytania. Śniło mi się że dowiedziałam się że umieram. Nie wiem dokładnie o co chodziło, niemniej jednak byłam śmiertelnie chora i wiedziałam że za kilka dni po świecie będą chodziły tylko wspomnienia o mojej osobie. To było coś strasznego. Dodając do tego upalne wręcz temperatury panujące na zewnątrz, obudziłam się cała w gęsiej skórce, trzęsąca się pod letnim kocykiem, z obrzydliwym bólem głowy, w której siedziała jeszcze namiastka tego, co przed kilkoma minutami zrodziło się w mojej chorej wyobraźni. Szybko wyskoczyłam z łózka, wyciągnęłam zaspanego Rogera Majkela i położyłam się z nim, żeby tylko dobić do 4, czyli do godziny, kiedy to mój organizm najbardziej lubi jeść śniadania -.- Ten sen mi coś uświadomił. A co takiego – pozostawię to tym razem tylko dla siebie.

Jestem chorym przypadkiem, jakimś genetycznym homo-niewiadomo, który śpi kilka godzin, jak jakaś maszyna, a jak już ‚zaśnie’ na te dobre dwie/trzy godziny, to nawiedzają go potworne sny. Koszmarnie pesymistyczna notka, a przynajmniej tak z pozoru wygląda. Jednak dla mnie obie te sytuacje były potwierdzeniem tego, czego nie mogłam tak bardzo znaleźć kilka miesięcy temu. Teraz jest lepiej, żyję lżej i unoszę się nad ziemią. Mocne stąpanie po niej też jest w pewnych sytuacjach wskazane, jednak czasami zbyt bolesne dla osób tak łatwowiernych jak ja. Odbijam się od dna tak mocno, jak się tylko da. To uczucie, kiedy Twoje ciało unosi się wysoko, coraz wyżej, ponad taflą morza, jest czymś najpiękniejszym. Łapanie orzeźwiającego powietrza do płuc, promienie zachodzącego słońca we włosach i taka zwykła, najprostsza radość. Warto szukać tego punktu odniesienia, który da nam siłę, aby zrobić ten kolejny krok do czegoś lepszego, to moje, majkelowe, a w konsekwencji naszemake a change.

Warszawa nocą

PS: Moje włosy żyją generalnie swoim własnym życiem, a i ja staram się im tego życia nie zakłócać i nie utrudniać. Może dlatego nie wiedziałam że tak szybko rosną ! W głowie znowu mam ochotę na jakieś radykalne ścięcie, takie powiedzmy – do ramion, ale jeszcze dopracowuję swój plan. Nie wiem czy jest on wskazany, jak znam siebie – po kilku dniach będę chciała znowu dużego objętościowo koka, warkocza, z którego nic nie będzie ‚wychodzić’ czy długiego kucyka na czubku głowy. Szkoda że nie mam tyle pieniążków co Beyonce, ona codziennie ma inną perukę ; – (

***

Reklamy

10 thoughts on “large and endless

  1. Korallina pisze:

    masz rację, obojętność jest najgorsza, najbardziej boli i jest niepokojąco wszechobecna. i nie wszyscy to zauważają.
    w ogóle bardzo ciekawy blog, dodaję go do swoich linków coby mieć pod ręką 🙂 zapraszam na mojego świeżutkiego bloga: http://thestardusty.wordpress.com 🙂
    pozdrawiam:)

  2. wampir pisze:

    Warszawa nocą ❤

    Liczę na wypady na kawę, kiedy już obie wylądujemy w stolicy 🙂

    Poza tym, nie bój się. Przez rok byłam sama w Toruniu (pomijam fakt, że to dużo mniejsza wieś niż taka W-wa) i było mi dużo lepiej i łatwiej niż kiedy siedze w domu 🙂

  3. Mo pisze:

    Wiem wiem wiem, że napisałaś co roku. Ja tego „miesiąca” też użyłam jako żartu, a nawet jako hiperboli, żeby pokazać, iż jeszcze nie padło mi na głowę jeśli chodzi o tatuaże 🙂

  4. Mo pisze:

    Spoko, raczej nie będzie mnie stać na to, żeby tatuować się co miesiąc, poza tym nie wiem co niby jeszcze miałabym sobie wydziarać poza dwoma wymienionymi na moim blogu obiektami 🙂
    Z resztą, ja nie jestem osobą, która się daje tak łatwo uzależniać od czegokolwiek i znam umiar 16 lat już nie mam 🙂

    Pozdrowienia i dzięki za troskę 🙂

  5. pani Kijkowa pisze:

    Sny biorą się z podświadomości tj. nie wiesz, że o czymś myślisz, ale coś się tam tłucze po szarych komórkach i wychodzi w nocy :p Najbardziej denerwuje mnie brak dynamiki (zakończenia ruchu) – biegnę, biegnę, biegnę, po czym okazuje się, że i tak nie uciekłam. Paranoja 😀
    Wiesz, jakie długaśne, piękne dredy mogłby powstać z Twoich włosów?

    • withi pisze:

      Ahaha, pewnie i tak, ale jakoś nie ciągnie mnie do nich. (Ty masz może ?;>)
      W snach jest to urocze, to fakt. Uciekasz przed wilkami, a po 10 minutach okazuje się że biegniecie w tym samym niemal miejscu … Niby sny właśnie taki mają swój początek, ale w takim razie mój łeb jest przeładowany złymi emocjami łączącymi się z tymi dobrymi, z tego wychodzą takie jakieś schizy. No nic, i tak już przywykłam 😉

  6. vuze pisze:

    nie cuduj z włosami. zostaw taką długość jaką masz, ewentualnie, jeśli widzisz uszkodzone końcówki, to je podetnij. Ja mam takie do ramion i zapuszczam, bo dłuższe dają więcej możliwości. Może warkocza zrobię, ale po bokach włoski wychodzą i już nie jest to zbyt efektywne 😛

    Dzisiaj mi śniło się, że zamordowano moją ciocię. Ej, skąd wgl biorą się takie sny? o.O aż ciarki mnie przechodzą na samą myśl.
    Poza tym i tak, nikt i nic chyba nie pobije panienek wysiadujących całe dnie na ławkach i obgadujących wszystkich dokoła. Przynajmniej tak jest na moim osiedlu. Idziesz sobie, widzisz urocze uśmieszki i ‚hejka!’, a za chwilę nadają jak kataryny, a ta to, a tamta siamto -_- to jest dopiero żenua:P Ale cóż, są ludzie i taborety 🙂

    o 23 wybywam do Warszawy, ahoj! :*

    • withi pisze:

      O, Twój komentarz jest 1000 komentarzem na tym blogu, graty *.*
      Końcówki są w idealnym stanie, pomimo trzech farbować i ścinania ich ostatnio w lutym 2010. Jak mówiłam – moje włosy to wielka zagadka, ale jakoś nie mam ochoty jej rozwiązywać ; ) Niech sobie żyją, póki co zostawiam je w spokoju. Owszem, to jest spora żenua. To są osoby, których jedynym życiowym celem jest plaszczenie pupy na osiedlowych ławkach, no supcio …
      Pozdrów Warszawę, pap ; – )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s