‚krótka’ historia pewnego czekolado- i chlebo-holika

***

Edit: notka powstała bodajże w kwietniu 2011, siedziała sobie spokojnie w szkicach i jakoś wyleciała mi z głowy ; lecz po ponownym jej przeczytaniu stwierdzam, że wszystko co znajduje się poniżej jest wciąż aktualne, poza tą wzmianką o nauce historii i maturze – poza tym wiele osób prosiło mnie o to żebym napisała trochę o tym wszystkim, więc czuję że powinnam, that’s all 😉

***

Dzisiaj będzie bardzo szczerze i otwarcie, jak nigdy chyba. Długo zastanawiałam się czy jest sens poruszać ten temat, tak prywatny i intymny dla mnie, jak i dla innych, którzy może i nie zdają sobie z tego sprawy, a jak zdają to boją się powiedzieć coś na ten temat na głos. Nie wiem czy nie wymierzam w tym momencie ciosu w siebie, czy przypadkiem nie rozpętam jakiejś zażartej dyskusji, ale powiem Wam jedno – wisi mi to. Jeżeli tylko i wyłącznie mogę komuś, przez przytoczenie w kilku zdaniach mojej historii, pomóc to zrobię to. Ale wszystko powinno się chyba zaczynać od początku …

Pobawmy się. Rzucę wyzwanie Waszej wyobraźni, a pod koniec zobaczymy czy daliście radę. Gotowi? Wyobraźcie sobie osobę podobno zdrową, uśmiechniętą, grającą regularnie w tenisa, wegetariankę z 7letnim stażem i bez problemów zdrowotnych (chorób czy złamań, nie mówiąc o przeziębieniach, które odnotowano może kilka razy). Osoba ta niegdyś miała głęboko gdzieś to co wkładała do buzi, byleby pokarm ten nie posiadał w sobie ani jednego % mięsa czy alkoholu. Osoba ta lubiła zjadać 15 wielkich kromek dziennie, pizze na obiad, batoniki na każdej przerwie w szkole i chipsy o 23 przy czytaniu książki. Na śniadanie jadła olbrzymią bułe kupioną na mieście, w międzyczasie wypijając litry Kubusia marchewkowo-truskawkowego. Po każdym treningu w piątki, obowiązkowo wpychała w siebie babeczki toffi z cukierni Santos, a po przyjściu do domu robiła popcorn. Przy tym czuła się naprawdę dobrze. Czuła się jak prawdziwa wegetarianka, aczkolwiek owoce jadła w ciastkach, a jedyne węglowodany i witaminy czerpane z ‚warzyw’ to te z chipsów pomidorowych, Kubusiów i sosu pomidorowego do spaghetti (pomijajac fakt że wszystkie te produkty warzyw nigdy na oczy nie widziały, ale mniejsza). W zasadzie osoba ta nie posiadała kompleksów, lubiła siebie i naprawdę nie obchodziło jej zdanie innych, a już na pewno to dotyczące jej ciała, ba – nigdy nie usłyszała na swój temat nic złego.

Nadążacie? To ciągniemy to story dalej … bo chyba coraz ciekawsze się robi (dla mnie też :D). Pewnego dnia, tuż na początku stycznia 2010, przyszedł moment z kategorii: ‚chcę coś zmienić‚. Dokładnie pamiętam, był to 6 stycznia. Założyłam się z mamą że przez bity tydzień nie tknę chleba. Ot tak, takie wyzwanie. Mama nie wierzyła, ja się uparłam i postanowiłam że tym razem dam radę. (chlebek zawsze jadłam ciemny, żeby nie było – po prostu nie lubię czuć się jakbym żuła oponę, a do takiego stanu doprowadza mnie każdorazowe spożywanie ‚pieczywa’ jasnego, którego odkąd pamiętam – unikam jak ognia). I dałam radę. Wygrałam zakład, wzbogaciłam portfel i swoje mniemanie o sobie. I wtedy wszystko się zaczęło … Przeglądanie wszelakich artykułów na temat zdrowego jedzenia, czytanie, kolekcjonowanie przepisów na wegetariańskie dania, owocowe desery. To styczeń był przełomowy. Zaczęłam rewolucje w swoim życiu na całego. Zaczęłam na dłużej bywać w kuchni, a czas spędzałam na nauce gotowania, a nie na posmarowaniu masłem kromek chleba, walnięciu na nie kilku plasterków sera i uwiecznieniem owego ‚dzieła’ ketchupem (btw, wbrew powszechnemu mniemaniu ketchup jest bardzo dobry, podobnie jak koncentrat pomidorowy i co lepsze – nie szkodzi, a bardzo bardzo pomaga, ale o tym kiedy indziej). Kiedyś potrafiłam tylko zalać wodą żurek Knorra, albo podgrzać sobie pierogi przynisione z restauree. Nie wiedziałam jak sie gotuje jajka, ile ryż musi spędzić czasu w wodzie czy jak smakują brokuły … Co ciekawsze, do dzisiaj pamiętam sytuacje jak przechodziłam na wegetarianizm. Byłam mała, byłam w podstawówce. Po prostu naczytałam sie za wiele, widziałam za wiele, a że mam sumienie i ogromną milość do zwierząt – rezultaty są widoczne do dzisiaj, a osoby które uparcie twierdziły, że niby po miesi ącu znowu do mięska wrócę (pozdrawiam babcię z Jasła) do dzisiaj żyją w tym ubzduranym przez siebie schemacie, i za każdym razem jak je odwiedzam pytają – Asiu, moze kanapeczkę z szynką? I wcale im sie nie dziwię – kiedyś byłam największym mięsożercą w mojej rodzinie, a przetrwanie piątku bez mięsa było dla mnie istnym koszmarem i wyzwaniem (tatuś na każdym kroku mi o tym przypomina …). Dzięki Bogu czasami sama siebie sie wstydzę i mojej ‚mięsnej przeszłości’ również. Wracajac do tematu – mojej mamie tez się nie dziwię. Czasami dziaciakom coś się ubzdura, ona pewnie sądziła że to chwilowe i powiedziała stanowczo: zaczynasz jeść kotlety sojowe, warzywa i owoce, albo nic z tego. No i niby zaczęłam … albo na jednym kalafiorze się skończyło. Włożyłam go do buzi, żułam … i jak mama wyszła z kuchni wyplułam do kosza i się rozpłakałam. Mama jak na złość musiała wtedy akurat wejść do kuchni, powiedziała że nic z tego i że mam jeść mięso. O ile dobrze pamiętam, próbowałam jeszcze kilka razy zaprzyjaźnić się z zieleninką, jako że chciałam udowodnić mamie że owe ‚trawsko’ naprawdę mi smakuje. I mama się starała, przyrządzała mi cudowne (cudowne dla obecnej Asi) dania. Jednak dla tej głupiej 13nasto latki brukselka posypana serem nie przestawała być ową, nieszczęsną brukselką. Mogę przytoczyć wiele historii które zakorzeniły się głęboko w mojej głowie, jak choćby ta: Boże Ciało, perspektywa treningu przede mną, pomarańczowe korty w głowie i tato i jego głośne i stanowcze: masz zjeść obiad, albo nigdzie nie idziesz, bo nie będziesz miała siły grać. Wzięłam posłusznie talerz, na którym leżał obrzydliwy kotlet i poszłam do pokoju, płacząc i pytajac się ich dlaczego mi to robią. Wyrzuciłam kotleta do kosza u siebie, siatkę włożyłam do torby z rakietą i dziękując za ‚pyszny obiad’ wyszłam z domu, po drodze wywalając siatkę do pobliskiego kosza. I to nic, że później na wierzch wyszła cała moja duma, i pomimo że autobus miałam jakoś o 19:00 (o 18:00 skończyłam trening) ponieważ było święto, więc i rozkład był ograniczony – nie zadzwoniłam po tatę żeby po mnie przyjechał, tylko poczłapałam posłusznie do domu, jedyne 10 km … Co lepsze, w momencie w którym skręcałam w moją uliczkę, minął mnie autobus z godziny 19:00 😉 Ale muszę się cofnąć i zobaczyć o czym to ja pisałam … Pisałam o tym że w tym pamiętnym styczniu 2010 zaczęłam więcej czasu spędzac w kuchni. Po prostu zaczęłam się tym interesować, z każdym dniem zmieniałam moje stare i sami musicie przyznać – koszmarne, nawyki żywieniowe. Zaczęłam jadać orzechy, bakalie (które do dzisiaj są moim uzależnieniem, a wepchnięcie w siebie pół kilo mieszanki studenckiej to kwestia 5 minut , nad czym ubolewam :|) Stopniowo wprowadzałam owoce, których jakoś nigdy dużo nie jadłam, a jabłko to było dla mnie pożywnienie dla głupków. Po prostu. Dla g-ł-u-p-k-ó-w. Zawsze patrzyłam krzywo na osoby w klasie, które na przerwie jadły ten owoc, sama przeżyuwajac przy tym kolejne 3bit’y jak krowa przeżuwa trawę … Zaczęłam odkrywać jogurty, do których zawsze miałam uraz. Serki wiejskie, twarogi ze szczypiorkiem i co stało się kompletnym przełomem jeżeli o moje odżywianie chodzi – warzywa na patelnie. W końcu, po 17 latach mojego bogatego w cukry i tłuszcze z chipsów, życia zaczęłam jeśc warzywa ! I jem je do dzisiaj, w porcjach, których nie jesteście sobie w stanie wyobrazić. Pisze to świadomie i naprawdę poważnie. Chyba że ktoś jest w stanie wciągnąć 700g warzyw na patelnię na obiad to uwierzy co to znaczy (chociaż po takim wciągnięciu byłabym w stanie zjeść jeszcze kilka podobnych porcji, ale whatever). Warzywa i owoce tak naprawdę zmieniły mnie o 180stopni. Wtedy to właśnie życie nabrało tych prawdziwych kolorów, a nie tych, które kiedyś na siłę sobie wmawiałam. Tych, którymi kolorowałam to tłuste życie. Zaczęłam jeśc zdrowo. W końcu jak na prawdziwą wegetariankę przystało. Zaczęłam jeść jajka, produkty sojowe (mleko,kotlety,gulasz,jogurty,orzeszki), bawiłam się i robiłam mnóstwo surówek dla siebie i swojej rodziny. Zaczęłam jeść ciemny ryż, ponieważ do białego mam uraz od przedszkola, zawsze wydawał mi się taki sklejony, a co lepsze, od zawsze kojarzył mi się z żabim skrzekiem (:D) Zaczęłam naprawdę jeść wspaniale, dodawać oliwę z oliwek do każdej surówki, zaczęłam robić sobie królewskie i ogromne śniadania … Po pewnym czasie z moim organizmem zaczęło się dziać wiele złych rzeczy, jak choćby na dobre 17 miesięcy straciła okres, zaczęłam mdleć na środku ulicy, a nawet raz w łazience. Po serii badań mój lekarz prowadzący oznajmił krótko i treściwie: albo zaczynam wprowadzać ryby do mojego jadłospisu, albo za kilka lat będzie już tylko po mnie ślad, w postaci ubrań czy zeszytów z podstawówki. Powiedział to tak skutecznie, że z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, przy wielkich staraniach mojej mamy, zaczęłam wprowadzać ryby do obiadów. Początki były straszne. Paskudne. Płakałam. Wymiotowałam. Obecnie staram się jeść ryby dwa razy w tygodniu, podchodzą mi tylko wędzone i te ‚puszkowane’. Czuję że jest to wbrew moim przekonaniom, z drugiej strony wiem, że to zdrowie jest najważniejsze. A zasługą takiego obrotu sprawy, jest choćby ponowna współpraca hormonów z moim organizmem. I tak niby z dnia na dzień (w zasadzie to w 7 miesięcy) zrobiło się z Asi – pół Asi. Nie zależało mi na tym. Tak jak pisałam – nigdy nie miałam na swoim punkcie kompleksów, lubiłam siebie, czułam że inni mnie cenią a i sama siebie tolerowałam taką jaka byłam. Jeżeli chodzi o jakieś bardziej szczegółowe wymiary, to znam tylko ten, który mam wpisany na kartce od higienistki z czasów pierwszej klasy LO. Przy wzroscie 163cm było mnie wówczas 63kg. Dużo, czy mało- nie wiem. Wtedy miałam to głęboko gdzieś, kątem oka patrzyłam na koleżanki, których jedynym probleme było to że przed ważeniem zjadły batona i z pewnością zaraz będą wagą dorównywać afrykańskim słoniom. Patrzyłam tak i patrzyłam, aż z tego wszystkiego, zaraz po wyjściu z gabinetu, poszłam do sklepiku po co … bingo – po to co zawsze. Nie jest mi teraz z tym dobrze, czuję że trochę życia zmarnowałam, mimo że tym się nie przejmowałam, to tak naprawdę mój organizm cierpiał. Niby tak jak pisałam – nigdy nie miałam problemów z paznokciami, chorobami, złamaniami czy włosami, które ponoć zawsze były piękne, gęste i mocne. Ale teraz, z perspektywy czasu czuję że przez te złe nawyki sporo czasu straciłam … Ile zamiast tego mogłam zjeść cudownych owoców, warzyw, serków? O ile przepisów więcej, moja głowa mogłaby być teraz bogata … Powiem tylko jedno – jest jeszcze jeden plus tej całej sytuacji. To własnie podczas tej prawie rocznej przygody, trafiłam na jedno forum stricte o odżywianiu i odchudzaniu. Poznałam tam wiele fantastycznych osób, z niektórymi dziewczynami do dzisiaj mam kontakt, oraz wiele się nauczyłam. Dowiedziałam się jak prawidłowo się odżywiać, co można łączyć, jak jeść żeby zaspokoić całkowite zapotrzebowanie na wszystkie związki czy to czy tamto. Dogłębnie uświadomiłam sobie jak wiele ludzi, wbrew pozorom nie tylko kobiet, ma problemy z odżywianiem. Jak wiele osób choruje na anoreksję czy bulimię. Jak wiele kobiet męczy się z obsesyjnym myśleniu o jedzeniu. I w końcu – jak wiele z tych wszystkich ludzi, choćby tych którzy codziennie nas otaczają, w sklepie, w autobusie, w szkole – traci część swojego życia, sens, czas, zdrowie – przez jedzenie. Kiedyś było to dla mnie chore, wiedziałam że sa takie choroby, ale myślałam że dotyczy to garstki osób.W istocie jest ich tak wiele, śmiem twierdzić że porównywalnie tyle co osób zmagających się ze zwykłym przeziębieniem. I wtedy to, zmierzając do sedna sprawy, zdałam sobie sprawę że ja, dokładnie ja, chce takim osobom pomagać. Chce im pokazac że marchewka nie gryzie, a jabłko nie spowoduje że nagle roztyją sie tak, że ukochany rozmiar 32 stanie się za mały. Chcę pokazać im ile energii i siły można czerpać ze zdrowego jedzenia. Że można się nim cieszyć i delektować, w końcu czy chcemy tego czy nie – jest to duża częśc naszego życia i musimy się z tym faktem pogodzić, czy jeść lubimy czy nie. I że naprawde nie trzeba stawać w konkurencji z noworodkiem, jeżeli o wielkośc posiłków chodzi, żeby zgubić kilogramy czy po prostu poprawić swój wygląd czy samopoczucie. Chcę tego i stąd te wszystkie zmiany. Nie wiem co byłoby gdybym w zeszłym roku nie postanowiła założyć się z mamą o, ten idiotycznie brzmiący, ‚tydzień bez chleba’. Nie wiem, naprawdę. Pewnie uczyłabym się teraz historii, która kompletnie mnie nie interesuje i wmawiała sobie że prawo czy psychologia może być interesująca … Kończąc, chociaż to temat rzeka i naprawdę mogłabym pisać i pisać – czasami wystarczy malutka zmiana, żeby tak wiele obrócić o większy czy mniejszy stopień. Z mojego punktu widzenia, moment w którym trafiłam na owe forum był w pewnym sensie przełomem. Czy dobrym? Sama nie wiem. Powiem tylko że to wtedy zaczęły się moje problemy, bardziej te o podłożu psychicznym. Zaczęłam zmniejszać porcje, bo widziałam że inne dziewczyny to robią, więc twierdziłam że tak bedzie lepiej. Niby jadłam ok, nigdy nie zeszłam poniżej 1300kcal/dzień. I dziękuję Bogu że tak było, bo teraz miałabym koszmarne problemy i przy jedzeniu tak jak obecnie, tj średnio 2500kcal/dzień byłabym naprawdę duuużym człowiekiem. Wtedy zaczął się mój brak samoakceptacji, nie widziałam sensu w niczym i walczyłam sama z sobą. Ale powolutku, dzięki wsparciu najbliższych i nie tylko, zaczęłam lubić tą nową As w lustrze, powolutku zaczęłam siebie akteptować, taką o 15 kg lżejszą, ale w środku taką samą. Jeżeli mogłabym cofnąć czas, zrobiłabym tylko o jedną rzecz mniej – ograniczyłabym pobyt na tym forum, które niestety, wyprało mi na pewien okres mózg. To co się dzieje w obecnym środowisku, to, jakie kanony ‚piękna’ obecnie dominują … mnie to osobiście przeraża. Naprawdę, jeżeli zaakceptujemy siebie, zaakceptują nas inni. Nie rozumiałam tego na wakacjach, nienawidziłam siebie chociaż tak naprawdę nie miałam podstaw. Bałam się że nie pasuję do innych, że jestem dziwna i powinnam zamknąć się w pokoju i płakać. Wiem – brzmi jak wyznania człowieka z depresją, czy pierwszego lepszego emo-anorektyka. Dzięki Bogu mam te problemy za sobą, walczę o ustabilizowanie moich hormonów i póki co to mam na głowie. Patrząc na zeszły rok, jestem z niego w pełni zadowolona, bo dopiero teraz czuję że żyję w totalnej symbiozie z moim ciałem i organizmem. Fakt – jem za dużo, ale to tylko zasługa tego, że nigdy w życiu nie wpadłam w jakiś chory wir odchudzania, dzięki czemu teraz mogę cieszyć się cudownie funkcjonującym metabolizmem, którego niestety możecie mi tylko zazdrościć (:D).

Tak ja wspomniałam – jest to temat na który mogę pisać książki, a nawet większe tomy. Naprawdę interesuję się tym co związane z odżywainiem, chciałabym, naprawdę bardzo chciałabym pomagać ludziom którzy niestety mają z tym problemy, dlatego zrobię wszystko żeby wylądować na wymarzonej dietetyce. W tym roku, czy w przyszłym – whatever. Ważne że dam z siebie wszystko. A jeżeli chcielibyście żebym jeszcze coś napisała to śmialo – napiszcie. W zasadzie niczego się nie wstydzę, jest to problem który naprawde dotyka bardzo wielu ludzi, chociaż z zewnątrz o tym nie wiemy, bo po prostu nie możemy czasami tego jednoznacznie stwierdzić. Czasami anoreksję może mieć osoba otyła, bo to żadna nowość że jest to choroba tylko i wyłącznie psychiczna. Czasami osoba która stoi za nami w kolejce w sklepie, może tak naprawdę w desperacji kupować właśnie 15 opakowań czekolady, żeby zaraz udać się do domu, schować w kącie i obżerać, tym samym zajadając jakiś problem, aż żołądek powie stanowcze STOP. Wtedy zostają wyrzuty sumienia i męczące, wracające co jakiś czas – kompulsy. Są to choroby jak każde inne i to żaden, naprawdę ŻADEN wstyd się do tego przyznać czy otworzyć przed drugą osobą.

To chyba tyle. Jest późno, czuję się w jakimś procencie spełniona i usatysfakcjonowana. Well done Jeanne, pierwszy taki krok za mną, a uwierzcie że pisanie o tym dla mnie nie jest łatwe. I pamiętajcie – żadnych Dukanów i innych strutu tutu majtki z drutu. To z-ł-o. I w sumie nie dziwię się że 3/4 podopiecznych mistrza Dr Dukana jest opryskliwa i nastawiona do świata na zdecydowane nie. W końcu jak ktoś 24/h wpieprza ryby, kuraki, serki wiejskie i jajka to jak można od takiej osoby wymagać chociaż odrobiny uprzejmości czy zykłego uśmiechu? To jest tak po prostu – niemożliwe.

Dla potomności, jako że wiele osób prosiło mnie o jakieś zdjęcia porównawcze. Cóż, powiem Wam że było mi ciężko znaleźć zdjęcie sprzed roku, na którym widać całą moją sylwetkę, jako że przy przenoszeniu zdjęć i folderów ze starego komputera na nowy, najzwyczajniej w świecie usunęłam tamte, z lat wcześniejszych. Dzięki Bogu mam jeszcze photobloga, który niebawem również pożegna się ze światem, jak skopiuję sobie wszystkie notki na dysk – i tam własnie znalazłam Asię-Pyzę z bodajże początku 2010 roku. Cóż, byłam okrąglutka jak ciasteczka toffi które nałogowo pochłaniałam, ale to przecież pod logikę podchodzi, że jak ciasteczka i chipsy są Twoim najlepszym przyjacielem, to figury Mirandy Kerr z tego nie będzie (oj nie będzie, nie będzie). Jeżeli o obecne zdjęcia chodzi, to są w każdej praktycznie notce, więc wrzucę tu dosłownie kilka:

—->

Pozdrawiam cieplutko, mam nadzieję że chociaż kilka osób dotrwało do końca 😉

So, let them eat … pizza !

***

PS: Tymczasem znikam na jazdy, więc siedzieć w domach, chociaż powiem Wam że ponoć idzie mi bardzo dobrze, a i u mnie na buzi pojawia się olbrzymi uśmiech jak tylko sobie pomyślę o tym że zaraz będę brumać. Swoją drogą, jestem niby po dwóch jazdach, czyli czterech godzinach, a już mogłabym zdawać egzamin ahahah/. Pozdrawiam !

Informacje o withi

If you wanna make the world a better place . . . take a look at yourself and then make a change . /
Ten wpis został opublikowany w kategorii World hovers around her .. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

23 odpowiedzi na „‚krótka’ historia pewnego czekolado- i chlebo-holika

  1. vuze pisze:

    właśnie Asiu, wrzuć kilka swoich zdrowych przepisów 😀 !

  2. An pisze:

    gratuluje przełomu! 😉 Ale też mnie zastanawia jedno.. normalnie miesiączkujesz przy takim ubytku wagi? Ja schudłam 8kg i wciąż mam problemy z okresem…
    Anka

    • withi pisze:

      Napisałam niżej w jednym komentarzu jak to było u mnie z miesiączką, także tam odsyłam. Wiesz … zależy w jakim tempie schudłaś, czy jadłaś zdrowo i ‚tłuszczowo’ (mam na myśli zdrowe tłuszcze – oliwa z oliwek, orzechy, siemie?). Ja niby to wszystko ładnie jadłam, a okres sobie polazł gdzieś, więc zaczęłam o niego walczyć, bo jednak dzieci chcę rodzić *.* Żaden gine nie wiedział o co chodzi, hormony na wynikach miałam w normie, gadanie że to przez brak mięsa to głupota, bo 6 lat przed tym nie jadłam, a jadłam same syfy, i okres jakoś był. No ale odsyłam do odpowiedzi niżej 😉

      Byłaś u gine na badaniach ?

  3. Loka pisze:

    Podoba mi się teraz. Powiem więcej. Zainspirowałaś mnie.
    Jestem typowym studentem – zjem to co mi w ręce wpadnie, a do tej pory przez 6 miesięcy żyłam na zupkach Vifon, które zrobiły spustoszenie z mojej wątroby ( w dużej mierze przyczyniły się do tego marne warunki do gotowania w moim akademiku).
    Podobno kobiecie NIE WYPADA nie umieć gotować – a jest to teoria posłyszana z ust mojego byłego chłopca, która jednak gdzieś tam głęboko we mnie utkwiła i utwierdziła w przekonaniu własnej beznadziejności.
    Ale Ty aż zarażasz optymizmem i energią, nawet w ten sposób 🙂

    • Loka pisze:

      I oczywiście zrobiłam błąd – pierwsze zdanie bez „teraz” 😉

    • withi pisze:

      H, niby nie wypada, ale kiedyś miałam to naprawdę gdzieś. A zaczęłam gotować jak zobaczyłam ile radości można czerpać z takiej głupoty. A wiesz jak cudownie gotuje się z kimś? Dlatego nigdy, NIGDY nie chcę mieszkać sama. A zupki to chyba standard jeżeli o studentów chodzi. Chociaż ja już mam plan na studia, raz że będe sobie do GreenWay’a skakać na obiady, a jak będę mieć czas to sama wszystko ładnie przyrządzać. Wiem że to teraz tak fajnie brzmi, ale ja już jestem tak wprawiona, że u mnie zrobienie dobrego, dużego, szybkiego i zdrowego obiadu to kwestia 10 minut (np ugotowanie kaszy, warzywa na patelnie, podsmażenie kotlecików sojowych i sosu grzybowego)
      Dzięki, to fajne w końcu zarażać czymś pozytywnym, a nie chorobami (chociaż ja chorobami nie zarażam, bo nawet nie mam jak … skoro żadna mnie nie atakuje :()

  4. vuze pisze:

    Doczytałam do końca 😀 15kromek dziennie? Ooo jaaa.. Asiu i tak wyglądałaś szczupło na to wszystko,co pochłaniałaś 🙂 Naprawdę.
    Zasługujesz na podziw, że wytrwałaś w postanowieniu, że dałaś radę zmienić swój sposób odżywiania. Jedyne, czego nie zrobiłabym za żadne skarby świata, to nie zrezygnowałabym z mięsa 🙂 ale to już sprawa indywidualna.
    Mam wujka, który przez 20 lat był wegetarianem, a teraz nie ruszy nawet warzyw tylko samo mięsko. 😛
    Hmmm.. zaczęłam zastanawiać się nad samą sobą. Spokojnie porozmyślam przed snem, może i ja coś zmienię.. trochę energii dało mi przeczytanie, tego co napisałaś. 🙂

    P.S. mnie temat matuur strasznie drażni. Dlatego na chwil kilka musiałam nic nie pisać, by ochłonąć 🙂

    • withi pisze:

      15 to i tak minimum, i nie były to kromki małe, bo najbardziej lubiłam taki ciemny chleb .. bodajże jakiś hm, francuski (ale nie mylić z ciastem francuskim!) ale nie wiem czy dobrze pamiętam, którego jednak kromka była obrzydliwie gruba i wielka … Także to 15 możemy sobie jeszcze pomnożyć *.* I fakt, na to ile jadłam i jak obrzydliwe były to rzeczy to i tak mało … Może dlatego że jadłam tak przez całe życie? Tzn wiadomo o co chodzi, nigdy nie zmniejszałam, codziennie podobna podaż kaloryczna i to pewnie miało jakiś tam wpływ.
      Niejedzenie mięsa to faktycznie temat na inny wątek 😉 Pytanie dlaczego wujek był wege … na pewno nie z tych pobudek co ja, bo tacy ludzie nigdy do mięsa nie wracają 😉
      I jak tam przemyślenia ? ;>

  5. Czupa pisze:

    Powiem ci tak – oj mądrze prawisz…. V potrafi zrypać psychikę i rzeczywiście ja podobnie jak ty borykałam się z wieloma problemami z tego względu (te psychiczne chyba najgorsze)… popełniałam błędy (na szczęscie dukan nie był jednym z nich) i przypłaciłam to zdrowiem (zapewne z tego powodu zrobiły mi się kamyki w woreczku i miałam niedawno operacje + ciągle problemy z hormonami… ty masz z tego powodu problem z okresem?). dobrze że ty możesz już tak ładnie jeść 🙂 ja jak całkowicie wyzdrowieje również wprowadzę w dietke wiecej tluszczu! a i nie ma się co wstydzić – ja też zjadam duże porcje 😛 cóż, nigdy nie jadłam jak skowronek 😛 e tam wcale wielka pyzą nie byłaś! taka o, ladniuchna 🙂 ale teraz też nie jest źle oj nie 🙂 trzymaj się ciepło i szerz dobre słowo o zdrowym odchudzaniu/odżywianiu. Aaaa i powodzenia życzę – mam nadzieję, że dostaniesz się na dietetyke 🙂 (wyniki rekrutacji pewnie kolo 10-11?). pozdrawiam!

    • withi pisze:

      Oj pamiętam Twój pamiętnik Czupi. Co do hormonów … nie z tego powodu. Tzn przez spadek wagi na pewno, ale od ponad roku latałam od gine do gine do endo i nikt nie wiedział o co chodzi. Owszem, jak przez całe życie dostarczałam organizmowi takie żarcie, że uh, a nagle zaczęłam dawać mu owoce, warzywa i wszystko co zdrowe, to zgłupiał, ale powinno to być krótkotrwałe. No i w końcu wylądowałam u świetnego ginekologa-endokrynologa, który prowadzi mnie na samej luteinie (miałam w listopadzie historię z mocniejszymi hormonami, po której miałam depresje i myśli samobójcze, więc postanowiłam sobie darować, nawet kosztem braku miesiączki) i za to mu dziękuję. Od marca 2010 do czerwca 2011 nie miałam, teraz już drugi raz po samej lute ! Także czad.

      Czupi a jak tam Twoje uczulenie na orzechy? Moja mama jest koszmarnym alergikiem i ostatnio byłam z nią na badaniach i wyszło jej uczulenie … nie tylko na orzechy (głównie migdały i laskowe) ale też na truskawki i czereśnie ! Zawsze jak zje, to na podniebieniu po kilku minutach ma jakieś bąble … masakra.

      Byłam pyzą ! Teraz też jestem, bo ja mam już pyzy w genach ! (jak Kasia Cichopek ;()
      11 na WUMie, a dzisiaj an SGGW, ale nie dostanę się, bo jak już, to będe musiała pisać list do dziekana żeby mnie przeniósł. Uh ; *

  6. anonimowa Agata pisze:

    a mam jeszcze pytanko to forum to moze była vitalia.pl??

    • withi pisze:

      Tak dokładnie, to była V 😉
      Agata wiem że jesteś ode mnie młodsza, bo coś tam kiedyś wspominałaś że za 2 czy 3 lata masz maturę. To jest plaga wśród nastolatków, że pewnego dnia przyjdzie im do głowy jakiś głupi pomysł i zaczynają jeść jogurt na dzień (nie mówię że u Ciebie tak było, ale sama napisałaś że jadłaś malutko i że to był błąd). Taki osoby szybko uczą się na swoich błędach, jednak co najgorsze – organizm wszystko zapamiętuje. Przez takie głupie zachowania, później, nawet jak już będą starsze, będą się strasznie z tym męczyć. Powiem Ci że kiedyś tak sobie marzyłam, że jak już będe po tej dietetyce, jak może uda mi się to pociągnąć pod swoją firmę, to zrobię program, doszkalający młodych ludzi o tym jak powinno się prawidłowo odżywiać. No ale na razie cichutko, to takie marzenia.
      Przepisy od czasu do czasu wrzucam, ale chętnie będę robić to częściej, najwyżej bez zdjęć. Tylko powiedz mi jakie byś chciała, te bardziej dietetyczne, czy te obecne ? 😉

  7. anonimowa Agata pisze:

    zazdroszcze Ci tego metabolizmu i żałuję że wcześniej (pred rozpoczęciem mojej diety) nie posłuchaąłm innych i nie zaczełąm sie zdrwowo odżywiac tylko przeszłam na dietę poniżej 1000 kcal, a teraz siedze w 1000 kcal. Trochę schudłam, przeżyłam jojo i znowu schudam ale mam nadal kompleksy na tle swojego ciała i dalej chcę schudnać, ale wiem że musze wyjść z tego 1000 bo to tylko niszczy i widze że można schudnać zdrowiej:) może wrzucisz kilka swoich przepisów??? i pewnie sie powtórze ale uwielbiam czytaą Twojego bloga i zauwazyłąm ze masz fajne podejsćie do swojej osoby i w ogóle do otaczajacego cię świata!

  8. Mo pisze:

    Brawo dla Ciebie za ten wpis.
    Masz rację – czasem wystarczy mała zmiana, żeby w całym życiu nastąpiła rewolucja.
    Cieszę się, że nie dałaś się wciągnąć w wir chorych diet i odchudzania. I życzę wszystkim osobom na świecie, żeby tego uniknęły.

  9. mia pisze:

    Ja dotrwalam do konca.
    Pieknie napisalas(bo dodam po raz kolejny ze UMIESZ wszystko odpowiednio ubrac w slowa, powinnas cos tworzyc nadal), bardzo dobrze ze wydoroslalas i dojrzalas 🙂
    Zawsze jak czytam Twojego bloga to czuje ze bije od niego taka energia!!! Umiesz tak po prostu cieszyc sie z malych rzeczy, bardzo Ci tego zazdroszcze. Ja chyba gdzies ostatnio zatracilam te cenna zdolnosc… Fajnie jakbys napisala jakas notke na ten temat. Skad brac te energie!

    I nie rezygnuj w zadnym wypadku z prowadzenia tego bloga!

    • withi pisze:

      A wiesz ilee uczyłam się tej radości z tych najbanalniejszych rzeczy? To nie przychodzi tak od razu, kiedyś i dla mnie najlepszym wyjściem było siedzenie w domu, złoszczenie się na wszystkich i wszystko co w jakimś stopniu naruszy mój harmonogram czy dbaniu tylko o własny interes. I ja potrafiłam być obrzydliwą egoistką … Potrzeba czasu 😉
      Dziękuję za pomysł, pomyślę o tym. Muszę tylko się zastanowić skąd faktycznie mam tą energię. Może mam dwa serca ? :>

      • mia pisze:

        Niestety chyba mnie okreslaja te slowa, tez najchetniej zaszylabym sie w domu i wszystko mnie drazni. Zaplanowalam sobie juz super wakacje a mimo to mnie to nie cieszy, do tego denerwuje sie bo mnie nie cieszy i tak kolo sie zamyka…
        A pomogl Ci w tym psycholog? Zastanawiam sie czy samej z siebie to mozliwe. I nie wiem jak i od czego zaczac.

        • withi pisze:

          Pomógł. Ale miałam to szczęście że za pierwszym razem trafiłam na kogoś nieziemsko wspaniałego, a zdaję sobie sprawę że w dzisiejszych czasach jest to strasznie trudne. Naprawdę nie warto niczego w sobie dusić, bo tylko i wyłącznie działamy na swoją niekorzyść. Szukaj kogoś, wygadaj się i otwórz. Trzymam kciuki ! 😉

  10. pani Kijkowa pisze:

    Ojej, jaka niunia z Ciebie była raptem rok temu! 😀 Bardzo, bardzo wydoroślałaś.
    Ja na wiosnę zakumplowałam z Dukanem (na 2 miesiące. Na podobnej zasadzie, jak Twój zakład o chleb z mamą) i… nie żałuję. Fakt, na dłuższą metę jest to dieta upierdliwa, męcząca i obciążająca organizm (szczególnie nerki z powodu dużej ilości białka, ale to pewnie już wiesz, pani Dietetyk ;)), aczkolwiek ma tą zaletę, że szybko widać rezultaty i są one trwałe. No i dobre nawyki żywieniowe pozostają: bez chleba, bez słodkości, bez tłuszczu ;p
    BTW, w tym mieście jest stanowczo za mało ścieżek rowerowych… Trzeba się narażać na spotkanie z Lką na drodze 😉

    • withi pisze:

      Owszem, albo inaczej: Lka musi narażać się na ślepych rowerzystów -.-\
      Znaczy wiesz, generalnie jest garstka ludzi, którym ta dieta pomogła, i dzięki Bogu, bo jakby wszyscy spalili, to nie byłoby to nic fajnego. Dobre nawyki możesz wyrobić sobie także powoli wprowadzając konkretne zmiany w jadłospisie i stylu życia. Rezultaty widzisz może i w przeciągu dłuższego czasu, ale to one są tak naprawdę TRWAŁE. 😉
      Okrągła niunia chyba *.* I wszyscy mi mówią że nie, tzn i wtedy i obecnie wyglądam ponoć na 15 lat -.-

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s