dark, dark night

Na początek polecam sobie włączyć:

Doszłam do kulminacyjnego momentu, w którym uświadomiłam sobie pewną dość bolesną prawdę. Otóż uświadomiłam sobie, że nie boję się śmierci. Brzmi banalnie, prawda? Ale jedno jest pewne – w każdym z nas od początku drzemała chociaż malutka cząstka, która w sytuacjach podbramkowym krzyczała: chcę żyć! Czemu napisałam ten czasownik w czasie przeszłym, czemu drzemała? Małe dzieci zawsze się boją. W wielkich hipermarketach szukają kontaktu wzrokowego z rodzicami, w kościele kurczliwie trzymają się rękawa od płaszcza któregoś z nich, a rzucone, już nawet obojętnym tonem, „patrz, idę sobie i zostaniesz sam/a” przez rodzica, wtedy kiedy chcą wymusić coś w sklepie czy kilkanaście minut więcej czasu na podwórku, sprawia że dziecko mimo wszystko posłusznie wstaje i idzie, bo gdzieś głęboko czuje że może zostać samo, że może mu się coś stać. W późniejszych okresach boimy się starszych kolegów w szkole. Czujemy ich dominacje, szanujemy ich odwagę i siłę, bo wiemy że oni są w stanie nas skrzywdzić. Nastolatek boi się tego, że kilka kilogramów więcej czyni go nieatrakcyjnym, że go nikt nie pokocha. Wmawia sobie hasła, czytane na wielu portalach, że to dusza się liczy, że wygląd zewnętrzny jest nieważny. Dorośli boją się zdrady. Samotności. Niepowodzenia w pracy, na studiach. Tak naprawdę boimy się na każdym kroku. Podczas naszej ziemskiej egzystencji dopadają nas przeróżne fobie i urojenia. Są i takie, które nas w jakiś sposób zmieniają. Pozytywnie i negatywnie. Ja zawsze się bałam. Odkąd pamiętam bałam się wielu rzeczy, osób czy też sytuacji, z którymi czasami musiałam się zmierzyć. Bałam się tego uprzedniego wmawiania sobie, że dam radę, oraz tego, że czasami mogę nie mieć już wystarczająco dużo siły. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę, jak wiele rzeczy jest mi obojętne … a stało się to w bardzo banalnych okolicznościach, bo podczas … jazdy na rowerze. Zjeżdzałam z dużej góry. Pamiętam jak jechałam tamtędy pierwszy raz z bratem, kilka lat temu. Przed zjazdem powiedział mi że to góra śmierci, i albo zjedziesz bez wciskania hamulców, albo zginiesz. Powiedział to w sposób, w jaki mówią małe dzieci, albo w taki, w jaki mówią starsi bracia, chcąc przestraszyć młodsze siostry. To powiedziawszy ruszył w dół, pedałując tak nachalnie, że przez chwilę zaczęłam bardziej bać się tego, że może nie zahamować przed jednym zakrętem niż tego, że zaraz tę samą trasę muszę pokonać i ja. Zacisnęłam zęby, jak to zawsze robiłam wtedy, kiedy miałam świadomość że muszę coś zrobić wbrew sobie, żeby nie pokazywać swojej słabości i strachu, i puściłam się za nim, robiąc to co mi kazał, czyli nie używając hamulców. Do dzisiaj pamiętam ten okropny hałas w uszach, powietrze przepełniające każdą cząstkę mojego wnętrza i strach przed oczami. Dojechałam. Przeżyłam. I zostałam pochwalona krótkim: zajebiście, co siostra? Rzeczywiście, to było kilkanaście sekund, które uświadomiło mi to, że strach przed wszystkim – przed śmiercią, bólem, innymi osobami – można pokonać. Że można zamknąć oczy, zacisnąc wargi i rzucić się przed siebie. Że ta świadomość wygranej, choćby z samą sobą i moimi własnymi, wewnętrznymi słabostkami – może być przyjemna i budująca. Inną sytuacją, która bardzo głęboko zakopała się w mojej głowie, był mój pierwszy raz na nartach. Słowacja, rok pewnie już 2000 i wyjazd z bratem, mamą i jej znajomymi na narty. Byłam mała i miałam swojego instruktora, co przepełniało mnie dziecięcą dumą. Wyjechaliśmy na górę. Instruktor, któremu ufałam i byłam pewna, że zrobi ze mnie wspaniałego narciarza – nagle zniknął. Ot tak, był i za kilka sekund owszem – nadal był, ale kilkanaście metrów niżej. Pełna desperacja, łzy przed oczami, zaparowane gogle od środka i moje rzucane na wiatr pytania: proszę pana? A on tylko stał niżej, i zachęcał mnie do zjadu. Ja – dziecko, pierwszy raz mające na chwiejących się niebezpiecznie -nogach narty i wielka góra przede mną. Ponownie zacisnęłam wargi, zamknęłam oczy i puściłam się w dół. Nie pamiętam nic, oprócz tego, że potrąciłam kilka osób, a mój dziewiczy zjazd zakończyłam na tyłku. Co prawda nie jeżdzę już na nartach, ale potrafię sobie wyobrazić miny osób, które oberwały od dziecka pędzącego ‚na krechę’ przez cały stok. Sama obecnie nie byłabym zadowolona. Ale to był mój pierwszy raz, który dał mi kolejną lekcje – że czasami nie warto ufać innymi. Czasami ważne żeby w pełni zaufać sobie. Inną historią z mojego dzieciństwa, która nauczyła mnie innej prawdy, była historia prosto z piaskownicy. Tylko kupa piachu, ja i wybranek mojego malutkiego, cztero-częściowego serduszka. Był podły. Był dziecięco podły jak każdy mały chłopczyk, za co dostał piaskiem w oczy. Zawsze byłam waleczna, ponoć biegałam po kościele i darłam się na księży. A i w Kościele Mariackim na mszy, położyłam się na całej ławce, przez co stare babcie musiały przestać dobrą godzinę z kawałkiem. Chłopak oberwał po oczach za co dostałam opieprz od jego mamy. A skąd ja miałam wtedy niby wiedzieć co to są chore spojówki i jak zareagują takie oczy na obecność piasku? Dostał za to, że śmiał się z koloru moich skarpetek. Tak się skończył mój pierwszy, poważny związek. To z kolei nauczyło mnie, że czasami musimy być cierpliwi i wytrwali w szukaniu odpowiednich osób, takich, które są tymi, które gdzieś po drodze, przez przypadek odłączyły się od pewnej całości, jaką my sami jesteśmy. Że są osoby, które są kawałeczkami samych nas, a my musimy czasami się bardzo wysilić by ich znaleźć pośród ogromu innych kawałeczków, oderwanych od innych osób, pasujących do nich. Mogłabym tak pisać i pisać o sytuacjach, które w mniejszym bądz większym stopniu ukształtowały mnie i wpłynęły na to, jaka obecnie jestem. Ale to bez sensu. Sensowne jest to, że jadąc na tym rowerze z tej samej góry, kilka lat później, uświadomiłam sobie, że nie boję się tego, że nagle zza zakrętu wyjedzie rozpędzony samochód, czy tego że nie zdąże wyhamować na zakręcie. Przeszywający hałas w uszach obecnie maskuję muzyką, płynącą z odtwarzacza. Przekręcam głowę o 90stopni, nie patrzę przed siebie i wyłapuję słowa danej piosenki. Jadąc pociągiem zastanawiam się jak zareagowaliby moi znajomi i rodzina na wiadomość wprost z TVN24 – pociąg na trasie Rzeszów-Kraków wykoleił się, nikt nie przeżył. Mogę mnożyć moje myśli i chore urojenia, które codziennie przelatują przez moją głupią głowę. I mogę wmawiać sobie że czasami się boję czy też powinnam się bać. Prawda jest taka, że obecnie nie czuję strachu. Że jest mi wszystko jedno. Że innym jest wszystko jedno.

Jest ciemno i późno. O tej porze piszę i myślę często o głupotach, mam nadzieję że zostanie mi to wybaczone, a i że ja w przyszłości, jak to przeczytam, wybaczę sama sobie.

Dobranoc.

***

29 kwietnia, o godzinie 23:02 umarł mój 8letni koszatek – Parszywek. Nikt, kto nigdy nie zżył się aż tak z jakimś zwierzątkiem, nie zrozumie tego co wtedy czułam. K-o-s-z-m-a-r. Parszi, byłeś najdłużej żyjącym zwierzakiem u mego boku, przeżyłeś ze mną długie, osiem lat. Uczestniczyłeś w moim nastoletnim buncie, w moich przemianach i byłaś, tak po prostu – byłeś. Pamiętam o Tobie, a jutro odwiedzę miejsce, w którym sobie spokojnie lulasz. – kkklik

Informacje o withi

If you wanna make the world a better place . . . take a look at yourself and then make a change . /
Ten wpis został opublikowany w kategorii World hovers around her .. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „dark, dark night

  1. Monika D pisze:

    Ja do wniosku, że nie warto bać się śmierci, doszłam dopiero wtedy, kiedy poczułam, że wykorzystuję swoje życie na maxa. Gdy ktoś jest niespełniony, samotny lub ma kompleksy, boi się, że straci swoją ostatnią szansę na to, by coś w swoim życiu zmienić. Ja żyję zgodnie z filozofią ONE LIFE, ONE CHANCE, staram się próbować wielu rzeczy nie żałować błędów. Gdybym dzisiaj umarła to nie byłoby mi żal, bo poznałam tylko wspaniałych i NIEwspaniałych ludzi, odwiedziłam tyle różnych miejsc i tak wiele nauczyłam się przez moje bądź co bądź krótkie życie, że na prawdę niewiele mnie ominęło. Dlatego nie boję się wracać sama ciemną ulicą, jechać odrobinę za szybko skuterem czy podejmować ryzyka. Bo jeśli nie teraz to kiedy?

    Pozdrawiam
    Monika
    z http://www.movsmo.net

  2. bezgustu pisze:

    Piękna beżowa sukienka, super zestawiona ze swetrem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s