chloe – moja recenzje

Catherine Stewart: What’s your name?

Chloe: Chloe.

Ahahahahahahahahaha. To wszystko przez Was ! Te zbyt miłe słowa, nawet Tomi na Skype mnie przez godzinę przekonywał, że mam tu pisać i nie obrażać się na bloga i na moich wspaniałych czytelników tylko dlatego, że jest garstka ludzi, których jedynym zajęciem jest obrażanie innych i krytykowanie. A walcie się. Od facebooka robię sobie chwilową przerwę, ale bloga nie zostawię! W końcu to mój mały, wirtualny świat.

Obiecałam że przyjdę tu z recenzją filmu, który poruszył mnie, pewnego niedzielnego popołudnia. Obiecałam, więc jestem, bo mam to przeczucie, że powinnam o nim wspomnieć.

Jako że od wczoraj, kiedy to obiecałam przez minimum tydzień się tu nie pokazywać i udawać moją internetową śmierć, czy też twórcze wypalenie, jak wolicie to nazwać, nic się nie zmieniło i wciąż prowadzę monotonne i nudne życie, wierząc że wszystko zmieni się o 180stopni, gdy 20 maja zakończę moje maturalne zmagania – oglądam multum filmów, a te najciekawsze wyłapuję i wpisuję na dłuższy czas do głowy. Generalnie sprawa wygląda tak, że w momencie w którym opuszczam moje kolorowe cztery kąty, czuję się jak zdracja z krwi i kości. Mam głupie przeczucie że kiedy gdzieś wyjdę, w celu zwyczajnego ‚wyjścia z domu’ tracę czas, który mogłabym poświęcić na naukę do jakże ważnej matury. Wiem też, że wszyscy moi znajomi za pewne teraz siedzą w książkach, powtarzają lektury and so on, a ja włóczę się po domu, szukając kreatywnych zajęć, a kończąc z laptopem na kolanach, ewentualnie odpalając DVD, gdy film, który pragnę obejrzeć mam na płytce. Tym samym cieszę się że mój laptop jest stricte multimedialny, przez to mam bardzo dobre warunki do oglądania. Nie wiem co się ze mną dzieje. Kiedy na wakacjach postanowiłam zdawać biologię na maturze wpadłam w jakiś wir i naprawdę, rzetelnie uczyłam się 2 godziny dziennie, od 7 do 9 (może pamiętacie z wakacyjnych wpisów), a później, po 9, kiedy większość moich znajomych dopiero wstawała, ja miałam przed sobą cały dzień, czując że już w jakiejś tam mniejszej części zrobiłam coś pożytecznego. Im bliżej matury tym bardziej się lenię i obecnie doszło do tego że nie robię NIC. Obiecałam sobie że w celu podbudowania siebie i swojego zrytego myślenia, przeczytam choć raz prezentację z polskiego, czyli przynajmniej w 5% odbębnię najgłupszą rzecz z całego tego maturalnego, małego maratonu. Jasne. Jedyna rzecz, którą wyniosłam z tego, ehm, doświadczenia, to tylko kolejne potwierdzenie reguły, że nie powinnam sobie NIC obiecywać, a już na pewno nic co jest związane z edukacją … No nic, zaufam mojemu, oby rzeczywistemu poglądowi, że już jestem tak wykuta z tej bio, że kolejne próby wsadzania mikronukleusów, świdrowców, nadtlenków wodoru, miozyn, hepatocytów, wazopresyn, akrosomów i jeszcze ciekawszych nazw, które jakoś solidnie siedzą w mojej głowie do dzisiaj, skończą się tylko gorzej, tzn np albo wszystko zapomnę, albo tak mi się to skumuluje i wymiesza, że ostatecznie w mojej głowie zapanuje kompletna pustka, czy też chaos. Z tej też racji lenię się na wszystkie możliwe sposoby, wyszkuję nowe filmowe, ciekawe pozycje (głównie oscyluję w dramatach/dramatach rodzinnych), jem, mało śpię (zawsze śpię mało) i wciąż nie piję kawy ;O. Apropos kawy, w całym życiu, choć to pewnie ciężkie do zrozumienia, ale przyzwyczaiłam się już do tego iż nie robię tego co ‚powinnam’, albo co inni ode mnie wymagają – wypiłam kiedyś jakieś 10 ml … kiedy podczas katolowych, gimnazjalnych lat ktoś, za pewne bardzo mądry, powiedział mi, że jak chcę się ‚DOBRZE’ nauczyć na jakiś tam sprawdzian, to o 23 muszę wypić kawę i siedzieć do 5 rano nad książkami – sposób mi się nawet bardzo spodobał, wydawał się taki baaanalny i prosty, dlatego, z jednym okiem zamkniętym, a z drugim otworzonym pod kątem 30stopni poczłapałam do kuchni, w pewną, czarną, gwieździstą noc, włączyłam wypasiony ekspres, którego w zasadzie nie umiałam wówczas (obecnie również) obsługiwać, pomimo tego że rano bacznie przyglądałam się jak to robią moi rodzice (knułam ten spisek od jakiegoś czasu i nie chciałam się nim z nikim dzielić, a już na pewno nie z rodzicami, simply) i próbowałam stworzyć ten eliksir Bogów. Skończyło się na tym, że nie potrafiłam jej zrobić, napadnięta przez multum przeróżnych funkcji, więc wsypałam pierwszą lepszą do kubka, ugotowałam wodę i zalałam. Poczekałam moment, skosztowałam i mało co, a w tym momencie moje kości byłyby zjadane przez jakieś słodkie robaczki kilka metrów pod ziemią … Jezu kochany, jaki to był syf … Fakt – moi rodzice są uzależnieni od kawy i robią ją naprawdę dobrą. Raz nawet podjęłam jeszcze jedną próbę i skosztowałam kawę mojej mamy, ale jednak to nie mój smak. Zdecydowanie nie. Ja tam wolę naładowywać moje neurony orzeszkami ziemnymi, sory.

Ups, miałam recenzje pisać. Już nawet nie pamiętam momentu w którym z recenzji, zlazłam na przedmaturalne, kreatywne spędzanie czasu, przez katol do kawy. Muszę się cofnąć i zbadać na czym skończyłam … Ah dobrze, już wiem. Generalnie przez powyższą wypowiedz dążyłam do tego, żeby powiedzieć Wam że wcale nie musicie pić kawy, lansować się z kubkami trzymającymi ciepełko po mieście, ala hollywood’zkie gwiazdy (aczkolwiek kumpel mówi mi że na studiach zrozumiem, i wtedy to już nie będzie odbierane jako lans a jako zwykła konieczność) i robić to co karzą Wam inni, jak choćby jedzenie tabletek pt: ‚Sesja‚. No ludzie … i co one mają niby zrobić? Mielić Waszą skąpą wiedzę jak młyn mieli mąkę? A może sprawić że przyswoicie dzień przed maturą informacje o tym kto napisał ‚Pana Tadeusza‚. Nie, a tak szczerze, wierzenie w moc tych i innych tabletek jest naprawdę oznaką depresji … To tak samo jak dziewczynki wierzą w uśmiech Kasi Cichopek i w to że wpieprzając jakieś Bóg, wie jakie tabletki będą miały jej figurę (broń Boże nie życzę Wam tego, żeby nie było) … Także zaufajcie swojej wiedzy, uczcie się ile jesteście w stanie przyswoić, choć jeżeli dopiero zaczynacie to podziwiam. Teraz tak sobie myślę, że cieszę się że zrobiłam tak dużo wtedy, tj na wakacjach i na początku roku szkolnego, kiedy teoretycznie nie byłam napędzana jakąś konkretną datą (w tym wypadku jest to 4 maja), nie czułam tego maturalnego oddechu na plecach, generalnie byłam wolna, wesoła i miałam kupę czasu. I to wtedy ta cała biologia wlazła mi do głowy, z tej też okazji teraz mogę się lenić. Jakby na to nie popatrzeć to mam wakacje, fajna sprawa. Teraz tylko trzeba się jakieś 6,7 razy pojawić w szanownym II LO, odebrać papierki żeby mieć dowód, że jednak się szkołe skończyło, napisać coś tam, pomęczyć się na najgorszym syfie, jakim jest polski (aż dziwne, co ja piszę !?) i po krótkiej przerwie rozpocząć drugą część wakacji. Like it !

Jezu, ale nieskładnie piszę. Teraz już poważnie zabieram się za recenzje. Na pierwszy ogień idzie film pana Atom’a Egoyan’a, o wdzięcznym tytule ‚Chloe‚. Jeżeli dam radę napisać o dwóch pozostałych pozycjach to napiszę, a jak nie w tym poście to w następnych na pewno. Film pojawił się już bodajże w 2009, czekałam na niego i szczerze mówiąc nasz wspaniały, rzeszowski Helios po raz kolejny musiał mnie zawieść i nie umieścić go w swoim, jakże bujnym repertuarze, kosztem jakieś, jak mniemam, ambitnej, polskiej komedii ze Żmudą, Szycem i innymi polskimi ‚gwiazdkami’. Zapomniałam o nim, muszę się przyznać, i dopiero jakiś czas temu, przeglądając trailer’y, po raz drugi wpadłam na ten, który przez niespełna 2 minuty wabi i zachęca do oglądnięcia …

Znalazłam film na allegro, ciach i jest mój. Jeżeli chodzi o obsadę, ta jest wprost wyśmienita. Tytułową Chloe gra w tej roli, wielkooka Amanda Seyfried, dziewczyna z ‚Listów do Julii’, ‚Mamma Mia’ czy ‚I wciąż ją kocham‚. Mamy jeszcze Julianne Moore i Liam’a Neeson’a. Generalnie film należy do dramatów, można pójść dalej i zakwalifikować go do tych rodzinnych. Historia jest tak prawdziwa i tak realna, że przez moment … zbyt dosłownie ją odbierałam, patrząc na ostatnie wydarzenia. Niewinnie wyglądająca, a przy tym seksowna i zrzucająca z nóg każdego faceta Chloe, pojawia się w najgorszym niemal momencie życie Catherine (J.Moore). Kobieta jest w totalnej rozsypce. Podjerzewa swojego męża o liczne zdrady, znajduje fotografię w jego telefonie, która utwierdza ją w tym, jak się później okazuje, złudnym postrzeganiu rzeczywistości, czyli jakby na to nie popatrzeć, czuje się jak kolejna ofiara związku, w którym chęć zdobycia światowej kariery zrzuca na drugi plan rodzinę i poszanowanie małżonka. I to właśnie spotkanie z tajemniczą dziewczyną ‚na różne okazje’ (Chloe: Am I your secretary or am I your daughter? Maybe I’m your seventh grade math teacher you always hated. All I know is that if I do it just right, I can become your living, breathing, unflinching dream, and then I can actually disappear.) – Chloe, w hotelu, który sąsiaduje z jej ginekologicznym gabinetem, ostatecznie kończy się tragicznie w zasadzie właśnie dla niej, ale przez cały film ukazuje tragedię i dramat rodziny Catherine. I to właśnie to zdanie, które pada podczas ich pierwszej rozmowy może być tu kluczowe: My husband’s cheating on me. At least, I think he is. Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele, bo film jest naprawdę dobry, pomimo słabych ocen – jest to jeden z lepszych filmów, które przez ostatnie miesiące widziałam (pomijam te kinowe jak Sala samobójców, Black Swan, and so on). W dodatku sam tytuł, którego nie należy kojarzyć z moimi ukochanymi perfumami (xD), powinien zachęcać. Zawsze uwielbiałam wymowę imienia Chloe, ale głównie przez Francuzów. Teraz mamy inną, amerykańską wersję cudownego ‚Kloi’ i naprawdę, przez cały film, po przypomnieniu sobie trailera, czekałam na ten moment. Film kończy się nieco dziwnie, ukazuje tragedię dziewczyny, która gubi się w swoich uczuciach. Jest kilka erotycznych scen, a na miejsce męża Catherine idealnie pasowałby, kilkanaście lat temu, Michael Douglas. To jego miejsce, to jego film, to jego ‚działka’. Jednak uwzględniając wiek, pana Douglasa, dość dobrze, zastąpił go w tej roli, jego młodszy kolega – Liam Neeson. Jest jeszcze w tej całej historii syn, feralnego małżeństwa, który jest jakby obok, obserwuje to wszystko, odcina się od rodziny pochłonięty swoimi miłosnymi problemami, nie mający nikogo obok, z kim mógłby pogadać – matka jakby chce, stara się, ale buntowniczy wiek chłopaka robi swoje. Generalnie film bardzo mi się spodobał. Jeżeli chodzi o samo oglądnięcie go, ja kupiłam sobie i z tego co widzę na wielu aukcjach jest on jeszcze dostępny – kkklik. Wiem też że za pewne przeróżne strony z filmami online są dość hojne, także ze znalezieniem nie powinniście mieć problemów. Na koniec troszkę zdjęć, które może Was zachęcą, jeżeli powyższa ‚recenzja’ tego nie zrobiła:

Dzięki Bogu są jeszcze te biologiczne lekcje, na które właśnie zmykam. Dzisiaj mam przed sobą kolejną powtórkę, Pani obiecała przygotować sobie do każdego działu po 5 pytań ustnych. Ah, dobrze że sobie przypomniałam, że miałam ją poprosić żeby mi raz jeszcze wytłumaczyła grupy krwi i aglutynacje, bo ciągle mi się to miesza …. Także trzymajcie się i nie wierzcie mi nigdy, kiedy w przyszłości napiszę że znikam, bo to same głupoty są. A i przyszły zarowe bryczesy, wieczorem wrzucę zestaw z nimi w roli głównej, aczkolwiek bez szaleństwa będzie *.*

Advertisements

8 thoughts on “chloe – moja recenzje

  1. Nika pisze:

    Ooo jak fajnie, że jesteś! 🙂
    Już Ci to pewnie pisałam, ale…Kocham twojego bloga! Uzależniłam się od niego jak Ty od orzeszków czy zielonych Skittlesów. 😀

  2. vuze pisze:

    Poprawiłaś mi humor tym fragmentem o tabsach. Moja sąsiadka tak zawzięcie chciała być jak Cichopek, kupiła sobie te cudowne tableteczki i mimo moich ostrzeżeń, że to shit i na pewno nie zadziała, zaczęła brać,po czym przytyła aż 8 kg haha 😀 głupota ludzka nie zna granic 😉

    usuń facebooka,bo to ZUO. najbardziej frustrujące są te ‚lubię to!’ rarrr.. dodawanie przez znajomych, co minutę nowego opisu, co robią. facebook, stał się już chyba gorszy niż nk, czy się mylę?
    na szczęście obu już nie mam sasasa 😀
    Pozdrawiam!

    • withi pisze:

      Ahaha, to fakt, istnieje jakieś takie dziwne zaufanie do wszelkich specyfików na rynku, które mają za nas niby zrobić wszystko … To jest fajne, c’nie? Jakieś plastry na tyłek, które mają chyba wyssać tłuszcz … kawy odchudzające. Ja się tylko pytam, czy powstaną tabsy, które przywrócą utracony, podczas życia, mózg? Ah to cudowne zidiocenie. A baba siedzi, słucha i idzie do apteki, bo Kasia karze.

      ZUO to fakt, ale jednak można nabyć czasami jakichś cennych informacji. Ja to w ogóle facebooka założyłam wieki temu, kiedy to miałam 3 znajomych w tym Rogera Federera, dla którego to zrobiłam. I nadal trzymam to konto ze względu na niego, jego komórkowe focie sprzed kortów są bezcenne : – )

  3. Majk:) pisze:

    Aś, nie tylko Ty tak masz. Ja już robię naprawdę wszytko, żebym tylko nie musiała otworzyć książki z historii/wosu…
    i miałam Ci już wcześniej pisać, że włosy są cudowne!!!!:*:)

      • Majk:) pisze:

        Wczoraj byłam zdać historię, dzisiaj tylko na historii i na fakultetach (Aś, ominęło Cię oglądanie filmu pana W sprzed 20 lat, z czasów jego studenckich robót w Szwecji:D).
        a mail baaaardzo stary, jeden z mych pseudonimów podstawówkowych:)
        :*

      • withi pisze:

        Majk widziałam ten film ! To ten jak pracuje na jakimś dachu z kolegami i jest tam taki słodki pies z którym spędzają upojne chwile w przerwach między pracą ? ;>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s