‚Skradzione wspomnienia’ część 1

Chyba jednak wolę siebie w soczewkowych kolorkach niż w naturalnych. Sporo czasu, bo aż 2 lata, minęły odkąd miałam na oczkach zwykłe soczewy (z przerwą na zapalenie spojówek). Nie lubię swojego kamelonkowatego koloru oczek, dlatego z reguły miałam je ubrane w niebieskie geo-optici. Ten jeden raz zrobiłam jednak wyjątek i od dwóch dni próbuję przyzywczaić się do swojego obecnego, chyba bardziej naturalnego, bo w pewnym sensie prawdziwego, odbicia w lustrze. Ale nie mogę, nie potrafię, dlatego znowu wracam do zmieniających kolor soczew. Jak sobie tak przeglądam foldery ze starymi zdjęciami, to stwierdzam, że najbardziej chciałabym wrócić do tego koloru, co na zdjęciu poniżej. Szkoda tylko, że nie wiem raz – jaki to kolor, dwa – w którym sklepie je zamówiłam. Sic ;|

Mamy dzisiaj mundialowy finał. Byłabym za Holandią, tzn jestem całym sercem, ale coś tak czuję że Hiszpania ma jednak więcej atutów i możliwości żeby znowu wygrać. Przypomina mi się ostatni finał na mundialu 06, moje zakłady i koszmarna radość po wygranej Italii. Byłam mała, byłam głupia, miałam marzenia i nie przejmowałam się zupełnie niczym. Żyłam chwilą, pyskowałam, kłóciłam się na potęgę i wiodłam dość aroganckie i chamskie chwilami życie. Teraz wszystko musi być tak, jak sobie to wcześniej zaplanuje. Coś nieoczekiwanego od razu rujnuje jakieś tam wewnętrzne bezpieczeństwo i względny spokój. Musi być tak, a jak tak nie będzie, to będzie nietak. Za dużo tej dyscypliny. Chciałabym pobyć przez chwilę głupim dzieckiem, nie mającym problemów. Chciałabym wyjść na huśtawkę na podwórku, zacząć się bawić, biegać i nie przejmować się tym co powiedzą inni. Wiek ma to do siebie, że nas z czasem ogranicza. Koszmarnie ogranicza. A ja chciałabym te mentalne zasady czasami przełamać, tudzież złamać czy obalić. Powiem tylko, że Chorwacja za 2 bądz 3 tygodnie. Tam w pełni odżyję.

Byłysmy wczoraj z pupą J.Lo na basenie. Tatuaże są wszędzie, zwłaszcza jak ludzie zrzucają z siebie kolejne warstwy. Tatuaż tu, tatuaż tam. Mniej tych ładnych, ale nieważne, ważne że nie będe jakimś tam wyjątkiem. Poza tym, mój będzie dostępny tylko dla wybranych 😛 Na basenie było przyjemnie, tylko musiałam udawać, że to ja się topię, a nie Majk ; – ) Jeszcze kilka wczorajszych zakupów i przechodzimy do konkretów. Ulubiony mus do twarzy (już bodajże 4 opakowanie, ale jest naprawdę wydajny!), przepiękny balsam o lekkim, kakaowym zapachu (love it! jest naprawdę cudowny!), stały obywatel mojej kosmetycznej półki czyli balsam grejfrutowy z Sephory, jakieś tam kosmetyki od Ireny (żel i balsam po słońcu) i cuda z Lirene, które ostatnio bardzo polubiłam i używam, używam namiętnie.

Jakiś czas temu, dłuższy niż krótszy, obiecałam Wam, że podzielę się z Wami kiedyś moimi skromnymi opowiadaniami. I tak też postanowiłam w obecnej chwili zrobić, jako że naszło mnie na potoczne czyszczenie dysku i kilka starszych i bardziej lubianych dzieł Asi znalazłam, przeczytałam i rozryczałam się. Tak po ludzku, rozryczałam się, że kiedyś potrafiłam tak pisać (a to kiedyś było na początku tego roku) a obecnie to moje wewnętrzne pisanie jest ciągle niszczone przez czynniki zewnętrzne. Boż, przecież ja nadal jestem tym głupim humanistą, który gdzieś tam głęboko ciągle w sercu siedzi i od czasu do czasu puka żebym otworzyła mu drzwi i na chwilę uwolniła go z tego mojego wewnętrznego, psychicznego więzienia. A biologia naprawdę jest ciekawa. A właśnie, biologia hmm. Wczoraj sobie całkowicie odpuściłam, a protisty czekają. Dlatego na początek idzie opowiadanie, jedno z moich ulubionych. Będę wrzucać je w częściach, dlatego jak tylko macie ochotę to zapraszam, bo w kolejnych notkach będą ciągi dalsze. Mam nadzieję że przynajmniej w jakimś mniejszym, bądz większym stopniu zrozumiecie to co w danym momencie chciałam przekazać osobom w przyszłości czytającym te moje pisemne bzdurki. / Tak na koniec powiem Wam, że lubię przeglądać starsze foldery. Tak zwana magia zdjęc, hm? Jej, kiedy ja miałam takie długie włosy !? Kiedy to było !? 😦

 

 

***

Skradzione wspomnienia (część1/4)

Joanna Poliwka

***

 

 

 

Kobieta, którą kochałeś, upłynęła w listy,
spotkasz ją w szybie każdego tramwaju.
Gdy odpoczywasz pod przydrożną gwiazdą,
w ciszy zmęczeni odwagą przechodnie
przystają.
Nie śpiesz, zostaniesz zagnany w zaułek,
nie nadążą już stopom wysadzone mosty

Krzysztof Kamil Baczyński – Kobieta, którą kochałeś…

***

 

 

 

Każda historia stara się zachwycić, porwać tłumy, wybić ponad przeciętność, mimo iż zaczyna się i kończy jak każda inna. Ta nie będzie wyjątkiem, zacznie się, kiedy zda sobie sprawę, że nadszedł ten moment, ten czas, żeby się narodzić, a skończy, kiedy zejście ze sceny będzie jedynym konkretnym i właściwym rozwiązaniem.

Werona, 19 marca 1999

Szara, brudna ławka. Zimno paraliżuje ciało Claire, która powoli traci czucie w dłoniach. Długie, przemoczone włosy oplatają jej podłużną twarz. Spierzchnięte od mrozu usta zatrzymują powietrze. Dziewczyna wyciąga pudełeczko z miodem i cukrem, i nanosi preparat na usta. Siada na ławce i przygląda się przechodniom, uciekającym przed życiem, schowanym pod wielkimi, kolorowymi parasolami. Próbuje złapać kontakt wzrokowy z wysokim, dobrze ubranym mężczyzną. Ten przemyka obok niej obojętnie, wyprzedzając niewypowiedziane słowa osoby po drugiej stronie słuchawki, z którą rozmawia. Wymachuje przy tym rękami, broniąc się przed rzeczywistością. Claire czyta z jego ust i wtapia się w ławkę, próbując zniknąć. Kolejne, obojętne krople spływają po jej twarzy. Claire lubi marzyć. Zawsze lubiła. Pewien rozdział w jej życiu sprawił, ze marzenia umarły, uciekły i bały się wrócić. To właśnie dzięki marzeniom jej życie nabiera kolorów, ma sens i pozwala egzystować. Zawsze tak było, dlatego teraz tak bardzo je chroni, i nie dopuszcza do nich nikogo obcego. Claire wyobraża sobie siebie, za kilka lat, siedzącą wciąż na tej, jeszcze bardziej zardzewiałej ławce. Chciałaby tylko znowu poczuć szczęście, chciałaby się bez przymusu uśmiechnąć, jak niegdyś, kiedy Josh był blisko. On dawał jej wiarę, przy nim nabierała nadziei, że życie wcale nie jest takie, jak jej się wydaje. Jego dłoń blisko serca, odgarniająca pojedyncze kosmyki spadające na jej twarz, jego kroki obok i zapach o poranku. Wspomnienia wracają jak bumerang, zalewają jej głowę. Dłoń na jej ramieniu wyrywa ją z błogich rozmyślań. Claire dopiero teraz czuje, że pierwszy raz od dłuższego czasu się uśmiechnęła.
– Claire, chodźmy do domu. Zmarzłaś. – babcia Libby i jej smutne, duże oczy.
Kobieta odzyskuje równowagę i posłusznie wraca do domu.

Werona, 23 maja 1965

Był rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty piąty. Sześcioletnia Claire uwielbiała tańczyć. Babcia Libby zawsze powtarzała jej, że ma ogromny talent i pierwsza poszła z nią do szkoły młodych baletnic. To dzięki Babci poznała Josha. To dzięki Babci pierwszy raz się zakochała. To Babcia wręczyła jej pierwszy prezent po udanym występie.
– Kochanie, byłaś cudowna. Tatuś byłby z ciebie bardzo dumny.
– A mamusia babciu? Czemu jej tu nie ma, obiecała że będzie.
– Mamusia nie mogła przyjść. Na następny raz na pewno będzie.
Matka Claire tak naprawdę nie istniała. Babcia Libby przez wiele lat próbowała wmówić wnuczce, że jej mama kiedyś przyjedzie na występ i usiądzie w pierwszym rzędzie, że będzie najgłośniej biła brawa, a później weźmie ją na spacer. Matka Claire wiele lat temu, po śmierci swojego męża, a ojca Claire, wyjechała i już nie wróciła. Zostawiła tylko kartkę na stole, że wychodzi po chleb. Zostawiła mały skrawek nadziei.

Werona, 2 kwietnia 1978

Był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy. Drżące dłonie, ból w brzuchu i szum w głowie. Przed oczami wielka, niekończąca się kurtyna. Odliczanie i wiele, wiele czarnych plam. Tysiące ludzi, babcia i on, oddzieleni jednym kawałkiem materiału. I czyjś oddech, blisko, bardzo blisko.
– Claire, uda ci się. Wiesz, że kocham na ciebie patrzeć. – chwilowy wodospad ciepłych słów i znowu głośna cisza. Wrzask dzieci i rytmiczne uderzenia serca.
– Trzy, dwa, jeden, wchodzisz Claire. – głos dobiegający z prawej strony i wolne, bardzo ciężkie unoszenie się dwóch, potężnych zasłon. Początek utworu, który razem z Joshem wybrała do swojego układu. Time is gonna take my mind . . .
Głęboki wdech i niebotycznie długie podnoszenie ciężkich jak kurtyna powiek. Tysiące oczu wlepionych w jedną, malutką, bezbronną postać. Ukłon i cztery minuty kompletnej ciszy, siedemdziesiąt osiem ruchów, arabesque, cztery piruety, sześciosekundowe pointe i battement. Przytrzymane zakończenie, głośne bicie serca i ostry ból w głowie. A potem już tylko wiele nieznanych twarzy, głosy zewsząd i zabłąkane oczy. Obce dłonie na rękach, nogach, twarzy, włosach. Panika, koszmarny ból i krew.
– Przytrzymajcie głowę. Na mój wyraźny znak podnosimy ją do …

Werona, 14 maja 1978

Mały piesek starszej pani podbiega do ławki, na której siedzi para nastolatków. Chce się bawić, zaczepia starszego chłopaka, ciągnie go za spodnie. Ten śmieje się tylko i przytrzymuje psa, żeby pomóc właścicielce w złapaniu małego szczeniaka. Ta z wdzięcznością uśmiecha się i odchodzi.
– Cocker Spaniel. Kocham je, są takie niewinne. – mówi Claire, odprowadzając wzrokiem brązowego psa – Jak to się stało? Nie wierzę, nic nie pamiętam! – przypomina sobie nagle o czym wcześniej myślała.
– Mówiłem Ci, jesteś najlepsza. Obiecuję Ci, niedługo wyjedziemy stąd , uwolnimy się od tego całego brudu i będziemy już tylko my. Będzie tak jak chcemy, rozumiesz?
Claire uśmiecha się i wtula twarz w gorąca kurtkę Josha. Nie musi odpowiadać, on wie, że doskonale go rozumie. W ociężałej głowie, Claire przemierza tysiące kilometrów, błądzi między regałami brytyjskiej biblioteki i przeskakuje fale Adriatyku, który zna z opowiadań babci Libby. Nie chce dzielić się z Joshem swoimi marzeniami, zachowuje je dla siebie. Zdaje sobie sprawę, że nie rozmawiają już tak jak kiedyś. Czasami wydawało jej się, że nie musi mówić nic. Była pewna że on ją doskonale rozumie i że czyta w jej myślach. Po występie na londyńskiej scenie wszystko się zmieniło. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Claire nic z tego nie rozumiała, mimo usilnych starań. Wciąż starała się przypomnieć sobie słowa, ruchy, twarze. Bezpowrotnie.
– Claire – jego ciepły głos wyrywa ją z rozmyślań. Palce na jej włosach, ciepły dotyk. – Masz piękne włosy. – mówi, jakby wymawiał te słowa wiele razy, jednak Claire słyszy je po raz pierwszy. – Claire.
– Tak? – odpowiada trochę niepewnie.
– O czym myślisz?
– O występie Josh. I o tym, dlaczego nic nie pamiętam.

Werona, 23 listopada 1978

– Josh, jest zimno, nie wychodźcie – troskliwy głos babci Libby, przedostający się przez drewniane drzwi oddzielające pokój Claire i salon – Claire jest przeziębiona, nie powinna w taką pogodę nigdzie jechać.
– Będę przy niej – odpowiada znudzonym głosem Josh, zasuwając zamek torby, do której babcia spakowała jedzenie na piknik poza miastem, na który Josh zabierał Claire. ‘Zawsze jesteś’ – pomyślała. – Claire, jesteś gotowa?
– Już idę. – tak naprawdę Claire gotowa nie była. Nie wiedziała co się bierze na piknik, nie wiedziała co znaczy to słowo i gdzie się wybierają. Pośpiesznie wrzuciła lalkę, leżąca przy jej dłoni. Na kilka sekund zawahała się, zastanawiając się do kogo należy ta marionetka. Wrzuciła jeszcze gruby sweter, kilka płyt i gotowa wyszła z pokoju. Zamknęła drzwi, czując, że niedługo je ponownie otworzy i wypoczęta rzuci się na wygodne łóżko.

***

 

Jezu, nie wiedziałam, że skopiowanie tekstu z Word’a to taka ciężka praca 😐 Najpierw notatnik, kolejne kopiowanie, wklejenie tutaj, zmienienie czcionki i takie tam. Wrzucam po dwie strony, bo więcej może nie wejsć. Następna częśc w kolejnej notce. Ah, jeżeli chodzi o wygląd, lepiej ten tekst prezentuje się w wyżej wymienionym Word’zie czy też wydrukowany, na zwykłych kartkach. No ale nic. Pozdrawiam gorąco ; *

Informacje o withi

If you wanna make the world a better place . . . take a look at yourself and then make a change . /
Ten wpis został opublikowany w kategorii World hovers around her .. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „‚Skradzione wspomnienia’ część 1

  1. withi pisze:

    O , właśnie na takich komentarzach mi najbardziej zależy 😉
    Pozdrawiam ;*

  2. D N O pisze:

    Koszmar! To nie pisanie to grafomania, i czemu do cholery zawsze „babci Libby”, to błąd powtórzeniowy, do tego te na siłę udziwnione i sztuczne dialogi, pseudoegzaltowane wtrącenia – NIE umiesz pisać, NIE umiałaś i prawdopodobnie NIGDY nie będziesz, to smutne, że takie beztalencia jak ty zaśmiecają internet swoimi wypocinami

  3. Linn pisze:

    Czytam, czytam i będę czytać.
    szczególnie początek mnie zachwycił 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s