asia w hiszpanii – relacja czwarta; Santiago Calatrava

Uf, obiad zjedzony więc można pisać 😉 Swoją drogą sama jestem zaskoczona, że od momentu kiedy miałam pierwsze badania, tj na początku stycznia, tak bardzo zmieniłam swoje nawyki żywieniowe i podejście do kuchni i do tego co w niej robię. Kiedyś, jak to ujęła ładnie jedna koleżanka, jedynym warzywem, które jadłam były ‚pomidory’ w ketchupie i ‚marchewka’ w Kubusiu. A wszyscy dobrze wiemy ile tam jest warzyw z warzyw. Teraz zmieniło się to wszystko o 180stopni, dosłownie mówiąc. Jem tak ogromne ilości warzyw i owoców, że niektórym się to w głowie nie mieći. Ale jakoś trzeba sobie kolorować życie. Swoją drogą, jak już od jedzenia zaczęłam, zjadłam dzisiaj 1/4 potężnego, soczystego, czerwonego arbuza! Kupując go, byłam niemal przekonana, że będzie kompletnie bez smaku, a okazało się że był cudowny. Sam zapach arbuzów przywołuje milutkie i ciepłe wspomnienia z Chorwacji. Tak to już jest, że zapach czy smak często kojarzą nam się z wydarzeniem z przeszłości. Arbuzy zawsze kojarzyły mi się i kojarzyć będą z najpiękniejszym miejscem na ziemi czyli z wyspą Mali Losnij, na którą co roku tak bardzo, bardzo kocham wracać. Ah, jeszcze słówko do tematu, zrobiłam dzisiaj cudowny deser dla rodziców i siebie, tj galaretkę o smaku owoców leśnych pomieszałam z arbuzem własnie, truskawkami i sorbetem malinowym, a do tego rodzynki, migdały, orzechy włoskie i laskowe, a całe to dzieło zwieńczyła bita śmietana. Normalnie cud, miód i maliny. Szkoda że nie zdążyłam zdjęć zrobić. No ale …


Btw, oglądałam kiedyś program o rzeźbach z owoców i nie powiem – zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Wiecie, mam pewien bardzo skomplikowany problem. Mama dała mi tydzień na przemyślenie jednej sprawy, która może być kluczowa jeżeli o najbliższe 6,7 lat mojego życia, chodzi. Jest to decyzja, która naprawdę może sporo zmienić. Powiem tylko tyle – ten rok będzie, dosłownie mówiąc, wycięty z mojego życia. Już teraz to wiem, jeżeli tylko się zdecyduję i będę na 100% pewna, że tak właśnie chcę i że to odpowiedni i odpowiedzialny krok. Mam tydzień. T y d z i e ń . I nie pytajcie o co chodzi, i tak nie powiem.


Wczoraj Roger Majkel I na stałe przeprowadził się do nowego apartamentu. Apartament ten bynajmniej do małych nie należy, natomiast mój pokój tak. Ledwo się klatka zmieściła, jest ogromna i ma mnóstwo bajerów. Swoją drogą szynszek ciągle próbuje się zabić. Np wciska głowe tam, gdzie nie powinien wciskać. Kilka razy próbował już się udusić. Ja rozumiem, taki wiek, ale ile można? Nawet strzeliliśmy już sobie wspólne focio. Jak widać miłośc kwitnie.

Pamiętacie jak przed wyjazdem do Spain kupiłam sobie krem Castinga, Miodowy kasztan, i miałam robić włoski zaraz po przyjeździe? Nie wiem, jakoś zdecydowana nie jestem. Ciągle kusi mnie ta farba, a raczej krem koloryzujący, ale jakoś tak odkładam to, głównie z braku czasu. Ah, i miałam się pochwalić. Wczoraj jakieś dobre dwie godziny sprzątałam w pokoju! 😉 Ściągnęłam plakaty, które od kilku lat wisiały na ścianach mojego sanktuarium i które już nic a nic dla mnie nie znaczą. Od razu zrobiło się tak jakoś jaśniej, przytulniej. Został tylko kalendarz z Rogerem, kilka plakatów z Majkelem i Rogerem i oczywiscie moja korkowa tablica.


A teraz tak jak obiecałam, na chwilę wracamy do ciepłej i słonecznej Hiszpanii, a precyzyjniej mówiąc – do miasta, które swoim pięknem urzekło mnie najbardziej z całej wycieczki, czyli prościutko do Walencji i słówko o genialnym Santiago Calatravie.

Walencja, tak jak cała Andaluzja, w planie wycieczki została umieszczona w drugim tygodniu. Drugi tydzień to w ogóle masa niezapomnianych widoków, ładowanie energii i promieni słonecznych. Drugi tydzień niewątpliwie był o niebo lepszy od pierwszego. Szybciutko tylko przypomnę miasta, które widziałam w pierwszym tj Lourdes, San Sebastian (jedyne ciepłe miasto), Burgos, Madryt, Toledo, Eskurial, Avilla, Segovia i Salamanka, a do tego temepratury w granicach 0stopni, ohydne croissanty i śniadania kontynentalne. Natomiast drugi tydzień rozpoczęła cudowna pogoda i Portugalia. Cofnięcie czasu na granicy i eukaliptusy dosłownie wszędzie. Portugalia jest cudowna. Niby biedny kraj, a ma w sobie coś co urzeka. I nie mówię tu wcale o autostradach, o których Polacy mogą tylko marzyć. Mówię o ludziach, o zachowaniu, o uśmiechach, o kolorowych Smartach everywhere. Mówię o cudownym Porto, Lizbonie i nawet znośnej Fatimie. I o Cabo Da Roca – najbardziej na zachód wysuniętym przylądku Europy. Mówię o błękicie Atlantyku i o suszonych owocach. Z każdym dniem było coraz lepiej i coraz cieplej. Brnęliśmy w głąb Portugalii, ciągle zachwycając sie coraz piękniejszymi kamiennicami i domkami z płytek azulejos.

Ale to właśnie Andaluzja sprawiła, że postanowiłam w przyszłości tam jeszcze wrócić i na spokojnie pospacerować uliczkami Sevilli, Walencji i Barcelony. Te trzy miasta sprawiły, że tak naprawdę pokochałam Hiszpanie. Nie ‚więź powietrzna’ z Rogerem w Madrycie, nie 6piętrowe Zary (aczkolwiek, ehm xDDD), czy też nie ponoć przystoni Hiszpanie. To właśnie te trzy miasta, najpiękniejsze miasta z tych wszystkich, które miałam okazje zobaczyć. I tu na moment zatrzymajmy się w Walencji, której zwiedzanie rozpoczęliśmy od nazywanej przez mieszkańców dzielniy przyszłości. A dzielnica ta naprawdę zasługuje na takie określenie. Już z daleka można dostrzec ogrom i piękno słynnych budowli Santiago Calatravy, jednego z najwybitniejszych architektów obecnego wieku. Charakterystyczną cechą jego budowli jest to, że są one białe i na pewno przyciągają. Kompleks Ciudad de las Artes y las Ciencias, czyli wspomniana dzielnica przyszłości, składa się z pięknych budowli, w których znajdują się m.in największe oceanarium i delfinarium na świecie, kino IMAX, restauracje, muzea, planetarium i przepiękny ogród, który zdobi całość. We wnętrzu, między budowlami, są umieszczone błękitne baseny. Zdjęcia w pełni tego nie oddzadzą, ale to miejsce jest naprawdę urzekające. Mieliśmy minimalną porcje czasu na zwiedzenie tego i zrobienie zdjęć. Dodam jeszcze, że kilka kroków dalej (przejście na wprost, przejscie na lewo i prosto) znajduje się gigantyczne centrum handlowe. Utknęłam w nim na jakieś 30 minut, a konkretnie mówiąc utknęłam w Zarze dla domu ! Nie miałam pojęcia że istnieje coś takiego. Przywlokłam stamtąd kilka cudnych rzeczy do swojego pokoju, ale nie o tym teraz.

Na koniec dodam, że do najpopularniejszych budowli tego pana niewątpliwie należy budynek w Malmo < 333 czy też stadion olimpijski w Atenach. Póki co mogę podziwiać te cuda na zdjęciach, w przyszłości mam nadzieję że się to zmieni.

Dzisiejsza podróż po Hiszpanii dobiega końca.  Jak pisałam – zdjęcia nigdy w pełni nie oddzadzą tego co miałam okazje tam zobaczyć. Zakończę średnio oryginalnie – musicie sami to zobaczyć. Póki co idę przyrządzić coś pysznego na kolacje. Trzymajcie się cieplutko i w pełni korzystajcie z tych kilku dni wolnych ;*

Advertisements

One thought on “asia w hiszpanii – relacja czwarta; Santiago Calatrava

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s