asia w hiszpanii – relacja pierwsza

Od czego by tu zacząć, hmm …

Mama mówiła, że zakocham się w Barcelonie, ślicznej plaży i w Świętej Suzannie. Tatuś mówił, że codziennie będe jadła sardynki na śniadanie. Tomasz mówił że stadion Santiago Bernabeu jest idealny, a Kinia że Hiszpanie są zdecydowanie naj pod wszystkimi możliwymi względami. Natomiast Asia … Asia natomiast szukała wymarzonych butów Mango, a jak już je znalazła to … czyli krótki wstęp do dwutygodniowego tournee śladami Rafcia Nadala i Krysi Ronaldo, czyli dwóch wielkich minusów Hiszpanii i Portugalii 😉

Należy postawić sobie podstawowe pytanie: jak było? I tu pojawia się pierwszy problem, malutki, ale jednak. Ciężko, naprawdę ciężko cokolwiek powiedzieć tudzież napisać dzień, a właściwie 4 godziny po powrocie, mając w głowie świeże jak dotąd widoki, obrazy, twarze, miejsca i opaleniznę bądz co bądz hiszpańską 😉 Momentami cieszyłam się, że tam jestem, patrzę na to wszystko. Były też zawahania, tęsknota za Mami i Daddym, za pokojem, za normalnym jedzeniem, za moimi surówkami i białym serkiem (!). Generalnie te wycięte z mojego jeszcze 17nasto letniego życia dni, uważam za warte zapamiętania, choćby ze względu na takie widoki, którymi napawałam oczy przez ostatnie 360 godzin.

Powiem jedno, obojętnie jakie do tej pory miałam zdanie o tych dwóch krajach, jak bardzo nie lubiłam Hiszpanów i języka hiszpańskiego teraz mogę stwierdzić że człowiek czasami jednak głupio gada, zwłaszcza jak czegoś nie pozna, nie zobaczy, a pieprzy. Ludzie tam są tak cholernie symaptyczni, uśmiechnięci i emanuje od nich tak pozytywna energia, że aż nabiera się ochoty do życia. I Hiszpania i Portugalia była piękna, wszystkie rzeczy, które tam zobaczyłam zapiszę sobie głęboko w pamięci, w czym pomogą mi oczywiście zdjęcia. Jednak Portugalia to Portugalia. Sam fakt, że najniższe temepratury w roku tam sięgają około 0 stopni, sprawia że trzeba ten kraj pokochać. Wąskie uliczki, Smarcik na Smarciku, piękne plaże i idealne, gęste i warzywne zupy.

Z góry przepraszam, ale nie jestem w stanie opisać tego wszystkiego teraz. Jestem potwornie zmęczona, jednak 30 godzin w autobusie robi swoje. Ponadto piszę ten wpis w przerwach finału Ligi Mistrzów, jednym okiem oglądając, drugim patrząć na klawiature. Dochodzi do tego tak zwana gonitwa myśli, sama nie wiem o czym mam pisać. Za dużo tego wszystkiego. Mam nadzieję że z każdym nastepnym wpisem będe Was powolutku wprowadzać w piękno tych miejsc, które miałam możliwość zobaczyć i poznać.

Łącznie pokonaliśmy 9000 km z fantastyczną ekipą i najmądrzejszą, jeżeli chodzi o Półwysep Iberysjki, przewodniczką. Było ciężko, zwłaszcza podczas pierwszej i powrotnej drogi. Odkryłam nawet nowe pozycje na hm, wygodne spędzenie nocy w autobusie.

Pierwszy tydzień był okropny. Oprócz Madrytu, szukania Rogera ( akurat musiał grać wtedy kiedy tam byliśmy, dupek) , Toledo i San Sebastiana było koszmarnie. W pozostałe dni było zimno, zastanawiałam się dłuższymi momentami czy ja jestem faktycznie w ponoć ciepłej Hiszpanii czy wręcz przeciwnie, w jakimś zimnym i szarym mieście na północy Rosji. Było koszmarnie zimno, przez dwa dni nie wyciągałam nawet aparatu ze względu na zmarznięte łapki i średnio interesujące mnie obiekty (mowa oczywiście o kościołach różniących się od siebie patronem i kolorem ławek ;/). Natomiast drugi tydzień to było … coś. W momencie przekroczenia granicy z Portugalią i przestawieniu czasu o godzinkę do tyłu pomyślałam, że mogę z tej wycieczki coś jeszcze jednak mieć.

W sobotę oficjalnie zaliczyłam Atlantyk, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Fale tam są tak fantastyczne, że ‚atakują’ w najmniej oczekiwanym momencie. Nagle piasek ucieka ci spod stóp i lądujesz w wodzie. Ja zaliczyłam takie zanurzenia kilka razy, raz nawet mało co nie pożegnałam soczewek, które chciały uciec mi z oczek. Poza tym plaża była niemal pusta, to w ogóle jakiś paradoks że Hiszpanie przykładowo w Walencji chodzili ubrani w zimowe kurtki i buty przy temperaturze 30 stopni. Ja rozumiem, obecna temperatura to dla nich okres porównywalny z naszym marcem, ale są jakieś granice. Plaża w Nazarre była pusta, pojedyńcze jednostki chodziły w szalikach, broniąc się przed strasznie zimnym wiatrem, a ja latałam w stroju kąpielowym. Niestety to jedyna taka okazja, ale warto było ;-0

Drugi tydzień był również ciekawszy od poprzedniego ponieważ zaliczyliśmy najpiękniejsze hiszpańskie miasta takie jak Sevilla, Walencja czy Barcelona. Madryt może i ‚piękny’ jest, jednak ja podczas krótkiego pobytu tam nie zanotowałam w swojej głowie niczego specjalnego oprócz plakatów z Rogerem ( albo tych z Nadalem, niestety w większości :|). Madryt jest szary i ponury, bardzo zbliżony do naszej Warszawy czy każdego innego, większego, polskiego miasta. Natomiast to w Andaluzji zaczyna się prawdziwa Hiszpania. Andaluzji i Katalonii rzecz jasna. No i jest coś jeszcze, – sklepy. Nie mówię o tych z pamiątkami, bo one mnie mniej interesują. Mówię o 6piętrowej Zarze na każdym zakręcie, również 6piętrowym H&M czy dośc sporym Mango. A właśnie, o co chodzi z tymi butami Mango, o których wspominałam na początku. Od dłuzszego czasu miałam w głowie tylko te cuda, które Scarlet ma na swoich stópkach o tu:

Czy bardziej widoczne tu:

Buty jak pisałam, wielbiłam od dłuższego czasu, od kiedy je ujrzałam. Mango w mojej Rzeszy nie ma, więc nie miałam nawet okazji ich zobaczyć czy dotknąć. No i taka okazja nadażyła się w Salamance. Asia rzuciła się, przymierzyła i wysłała smsa do Mami czy zaakceptuje kolejne szpilki w mojej szafie, w których będę miała okazje człapać niestety sporadycznie. Mami odpisała że zaakceptuje, tylko pytanie po co mi kolejne ‚sporadyczne’ szpilki? Pomyślałam, hm, Mango w ostatnim punkcie programu czyli w Barcelonie na pewno jeszcze będzie, a ja będę miała czas na zastanowienie się czy one są naprawdę takie piękne jak na zdjęciach. Bo wiecie, frankly said – nie są. Niestety, nie.

3/4 moich E wydałam w Zarze. Jest to sklep do którego wchodząc, narażam automatycznie swój portfel na spore straty i co gorsze – wiedząc że tak jest, znając sytuacje bardzo dobrze – godzę się na to. To jest straszne. Trzy razy wlazłam do tej kilkupiętrowej Zary, w Barcelonie, Sevilli i Lizbonie. Trzy razy wyszłam z niej z największym możliwym rozmiarem torby. Ale nie żałuję. I tego że nie kupiłam ostatecznie niby wymarzonych butów Mango też nie żałuję. Ale moimi łupami podzielę się z Wami w najbliższym czasie 😉

Zdjęciami będę Was męczyć przez najbliższe kilka dni, a może i tygodnie. Zrobiłam ich sporo, wszystkie są równie śliczne i na pewno są dla mnie bardzo ważne. Wyjazd ogólnie bardzo mi się podobał. Był męczący, ale to było do przewidzenia. Codzienna zmiana hotelu, ohydne croisannty przez pierwszy tydzień na śniadanie ( dzięki Bogu w Portugalii i Andaluzji jedzą coś bardziej ‚ludzkiego’ jak jajka, ciemne pieczywo czy warzywa i owoce) i brzydka pogoda. No ale i to przeżyłam, i dzisiejszą podróż. Szkoda że Mami jeszcze 3 tygodnie będzie siedziała z gipsem na nóżce ; ( Stęskniłam sie za rodzicami koszmarnie. Wyściskałam, wycałowałam ich w Krakowie że ah < 3 Ogólnie wyjazd uważam za bardzo udany, sporo się dowiedziałam i wiele zobaczyłam. Obiecałam Mamie w ostatni dzień, że przywiozę ze sobą 10 E, ma mi pogratulować, żeby nie było że zawsze wszystko wydaje 😀 Udało się, chociaż jak można było przewidzieć – całą resztę wydałam. Ale powiedzmy że to taki duuuuży prezent urodzinowy, bo naprawdę przywiozłam ze sobą kilka siatek. Teraz tylko trzeba wszystko rozpakować, posegregować i rozdać pamiątki. Ale tym zajmę się kiedy indziej. Jutro czeka mnie kolejny męczący dzień. Z samego rana jadę odebrać torty, zrobić wielkie urodzinowe zakupy, spotkać się z Tomim i przekazać mu koszmarną wiadomość ( 😀 ), z Paulą obgadać jej wyjazd do Japonii :D, może poszamponetkować te włoski no i doczekać do wieczora, bo rodzice coś dla mnie szykują, can’t wait ! W końcu nie codziennie kończy się 18nache.

Póki co zmykam poczytać coś o tak zwanych chinchillidae , ponieważ moi mili w najbliższym czasie do mojego pokoju wprowadzi się mała, biała kulka o imieniu Roger.

Przepraszam za tak potężny, jeżeli chodzi o liczbe literek, wpis. W przyszłości zamęcze jeszcze bardziej – obiecuję. Uciekam , cium ; *

Reklamy

One thought on “asia w hiszpanii – relacja pierwsza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s