Myślicie że nie tęsknię za tamtym życiem?

***

Mam ostatnio ciężkie dni. Jestem na granicy totalnego rozłożenia przez grypę, albo czort wie co to za choróbsko? Moja końska do tej pory odporność nie rozumie co się ze mną dzieje. Permanentny brak snu też robi swoje. A Marysia, wydzierająca się kilka godzin nad uchem wcale nie pomaga w ewentualnym dojściu do siebie. Z wyczerpania i braku pomysłu leżę z nią na klatce piersiowej i delikatnie gładzę po głowie, powtarzając do upadłego, że to nie jej wina. Próbuję jej krzyk przekształcić w delikatny, łagodny śmiech. A najchętniej spakowałabym walizkę, ubrała kurtkę i buty i uciekła do Rzeszowa do rodziców.

Płaczę najczęściej w nocy, bo wtedy Mała w końcu po całym dniu pada wyczerpana. Płaczę z bezsilności. Nie wiem czy robię coś źle, czy tak właśnie wygląda macierzyństwo? Tylko dlaczego wszędzie widzimy buziaczki, cukierki, śliczne ubranka, opaseczki w kropeczki, same ohy i ahy? Wiecie, ja zmyślać nie będę, nie będę udawać że rozpływam się nad każdym uśmiechem mojego dziecka, że dyskusje o konsystencji kupy są fascynujące i totalnie zatracające. Że kiedy w końcu zaśnie, ślęczę nad łóżeczkiem rozpromieniona z wypiekami na twarzy i obserwuję każdy jej jeden delikatny ruch, przecież to lepsze niż zjedzenie normalnego śniadania. Że uwielbiam tę monotonię, że wcale, ale to wcale nie chcę wyjść do kina czy na zakupy …

Są chwile bezradności, że tęsknię za tym co było kiedyś. Tęsknię za okresem studiów, za Warszawą i wszystkimi których tam zostawiłam. Za pierwszymi randkami i adrenaliną z tym związaną, za nocami przepełnionymi winem. Za tym że mogłam sobie robić co chciałam, nikomu się uprzednio nie tłumacząc. Mam czasami błędne poczucie, że coś w pewnym momencie utraciłam. Tęsknię za tym wszystkim zwłaszcza w takie noce, jak te ostatnie – kiedy na granicy choroby, zalana potem, niewyspana, z dreszczami i dziurą w głowie myślę sobie: po co mi to było? Po co weszłam w dorosłość tak szybko? Gdzie moje spontaniczne wyprawy do znajomych, do rodziców? Teraz, kiedy największą ekstrawagancją każdego dnia jest wyprawa do Rossmanna po pieluchy i batonika. Ba, samo zbieranie się zajmuje nam obecnie dobrą godzinę. Czas przelatuje przez palce.

I wiecie, może za krótko jestem mamą, co to ten miesiąc, jak w ogóle mam czelność wypisywać to wszystko? Ale jestem mamą na tyle długo, że wiem, że to wszystko jest po coś. Że moi i Wasi rodzice też ostatkiem sił usypiali nas na rękach, ich życie towarzyskie przestało się w pewnym momencie kręcić, też mieli nas dość i klęli pod nosem. Ale to właśnie dzięki ich samozaparciu i dojrzałości, jesteśmy takimi ludźmi, jakimi jesteśmy. I może w tym jednym co teraz napiszę, będę nudna i cukierkowa, ale to naprawdę piękne, że na świecie pojawiła się jakaś cząstka mnie i osoby, którą kocham, i że kiedyś, a jestem o tym przekonana, to wszystko co teraz przechodzimy jako młodzi rodzice, zaowocuje.

Ściskam Was! Asia

PS: Nawet moje oczy się zbuntowały i od porodu nie akceptują soczewek, totalnie … Chyba jestem skazana na okulary?


Ostatnie dni:

img_1508img_0993 img_1586 img_1627 img_1669 img_1682 img_1731 img_1740 img_1774-1 img_1788 img_1811


withi

Opublikowano World hovers around her . | 22 komentarzy

Co się sprawdziło w pierwszym miesiącu życia Marysi?

***

Hej! Wiem że w ostatnim czasie trafiło na mojego bloga dużo kobiet, które oczekują obecnie na swojego maluszka, albo są w podobnej sytuacji jak ja, czyli zaczynają zabawę w macierzyństwo. Wpadł mi ostatnio do głowy pewien pomysł (w trakcie karmienia, bo niby kiedy? :D), żeby co jakiś czas dodawać wpisy z gadżetami/akcesoriami/patentami ułatwiającymi funkcjonowanie młodej mamy, które się u nas sprawdzają i które po prostu polecam. Wiadomo że czekając na dziecko kompletujemy wyprawkę jak szalone. Pisałam już wiele razy, że kobieta w ciąży jest bardzo podatna na wszelkiego typu reklamy, recenzje itd, dodatkowo sporo czasu spędza w domu i rozkochuje się w zakupach internetowych. Nie wszystko z tego co nabyłyśmy okazuje się w przyszłości przydatne, o czym zapewne przekonała się, bądź przekona każda z nas. U nas póki co, odpukać, brak nieprzemyślanych zakupów, niemniej, pewnie to kwestia czasu.

Dajcie znać czy jesteście zainteresowani takimi wpisami. Dodam że wszystko co pokazuję, kupiliśmy sami, nie są to żadne recenzje sponsorowane (cóż, nie jestem aż tak rozchwytywaną blogerką, nikt do mnie nic nie wysyła chlip, chlip). Zapraszam na wpis, czekam na komentarze co się u Was sprawdziło!

  • Fasolka do karmienia Motherhood

Myślałam że rogal Motherhood z okresu ciąży będzie pomocny w trakcie karmienia. Nic bardziej mylnego! Rogal w ciąży owszem – sprawdził się idealnie, jednak w przypadku karmienia jego gabaryty to zdecydowanie minus. Poszedł więc do szafy, a ja zaopatrzyłam się w fasolkę, również z tej firmy. Bardzo fajna sprawa! Używam jej praktycznie przy każdym karmieniu w domu. Nie wiem jak będzie się sprawdzać jak Mała podrośnie, niemniej – teraz jest niezastąpiona. Do firmy Motherhood mam wielkie zaufanie – uwielbiałam ich rogala, teraz używam fasolki, a pieluszki tetrowe i flanelowe z tej firmy biją jakością wszystkie inne.

img_1378 img_1379

  • Szumiś, suszarka i aplikacja Baby sleep sounds

Wszystko co szumi wycisza Małą, przypomina jej dźwięki panujące w życiu płodowym i co mogę powiedzieć – to naprawdę działa. Raz uspokoi i pomoże zasnąć Szumiś, innym razem aplikacja, a najczęściej i praktycznie zawsze pomaga … suszarka. W przypadku tej ostatniej najlepiej aby miała opcję zimnego powietrza, wtedy spokojnie może pracować przez dłuższy czas. Jednak na dłuższą metę nie jest to najlepsza metoda, zwłaszcza dla rachunków no i bezpieczeństwa. W przypadku Szumisia sprawa wydaje się być prosta. Nasz Szumiś ma opcję CrySensor i teraz, po miesiącu używania, mogę z ręką na sercu polecić właśnie tę wersję – to ile razy wybudzał się w nocy razem z Małą – czasami wiadomo, Szumiś nie wystarczy i trzeba wstać i zobaczyć co tam się dzieje. Jednak w większości przypadków Malutka ponownie zasypiała przy delikatnym szumieniu. Aplikacja Baby Sleep Sounds też może być ratunkiem, zwłaszcza że mamy w niej wiele możliwości, możemy ustawić szumienie na np 60minut. Ważna sprawa – pamiętajcie aby nie kłaść telefonu blisko dziecka, a najlepiej ustawić tryb samolotowy! Jakoś nie ufam wszystkim sprzętom, wolę trzymać je z dala od tego małego człowieka.

img_0897333

  • Aplikacja Breastfeeding Stopwatch

Każda karmiąca Mama zna ten problem – jak przychodzi co do czego, głowimy się od której piersi mamy teraz zaczynać. Teraz po prostu sprawdzam palpacyjnie, jednak przez cały pierwszy miesiąc aplikacja ta była bezcenna. Szukałam czegoś najprostszego w obsłudze i znalazłam świetną aplikację, pomimo że twórcy przestali ją aktualizować (a szkoda!) i tak jest bardzo pomocna. Wystarczą dwa kliknięcia – zaznaczamy która pierś nas interesuje, włączamy start a po skończonym karmieniu stop. Aplikacja zlicza wszystkie karmienia, wiemy więc, ile czasu na dobę poświęcamy tej czynności.

img_0009

  • Rożek

Rożek z firmy Cotton&Sweets Marysia dostała jeszcze będąc w brzuchu – był to prezent na BabyShower od moich koleżanek. Początkowo myślałam że rożek będzie zbędny. Co się okazało? Zarówno ja, jak i mój mąż, rodzice, teściowie, wszyscy jednogłośnie powiedzieli, że rożek to strzał w dziesiątkę i chyba najlepsza i najczęściej używana rzecz w pierwszym miesiącu życia. Przydał się w szpitalu, od samego początku Mała uwielbia być w nim noszona, uwielbia w nim spać! Rożek jest bardzo dobrej jakości, jest po prostu milutki i naprawdę praktyczny. Jak dziecko z niego wyrośnie (a już powoli Mała przestaje się mieścić), rożek będzie pełnił funkcję kocyka.

img_0314rozek-niemowlecy-koniczynka-szara

  • Mr B

Maskotki MrB firmy Lullalove w ogóle nie rozważałam w trakcie kompletowania wyprawki. Gadżet ten po pierwsze – nie podobał mi się wizualnie na zdjęciach i nie uważałam żeby się w ogóle miał przydać. I kolejny dowód na to, jak można się mylić. Na pewno większość z Was kojarzy go ze zdjęć w sieci – jest to już chyba kultowa maskotka, ale co dla mnie najważniejsze – jest to po prostu termofor. Marysia uwielbia ciepło. Jednego dnia odkryliśmy uspokajającą moc suszarki. I było to odkrycie niemalże przełomowe. Nie tylko dla naszych liczników i rachunków … Suszarka chodziła godzinami. Aż w końcu postanowiłam – jedziemy po MrB! I wiecie co, po rozpakowaniu stwierdziłam że to całkiem przyjemna i przyjazna maskotka, dodatkowo pełni rolę edukacyjną (kontrastowe kolory, metki), i co najważniejsze – pomaga na brzuszek. I tu muszę przeprosić firmę Lullalove, że tak szybko zraziłam się do ich kultowego produktu. On naprawdę działa. A Marysia uwielbia zasypiać z nim na brzuszku! Taka rada ode mnie – firma oferuje dodatkowe wkłady do MrB – polecam kupić minimum 1, albo więcej – wkład trzyma ciepło przez około godzinę, później trzeba go gotować w wodzie. Lepiej mieć w zapasie dodatkowy, tak aby szybko pomóc małemu brzuszkowi🙂

img_1371 img_1387

  • Chusta!

O chustonoszeniu słyszałam już dużo wcześniej, kilka z Was zachęcało mnie w komentarzach do uskutecznia tego. Tuż przed porodem umówiłam się z doradcą chustowym i już tydzień po tym, jak Marysia przyszła na świat, dostaliśmy prywatną, 3godzinną lekcję wiązania. Pani nauczyła nas podstawowego wiązania, kieszonki – nie chcieliśmy więcej – woleliśmy nauczyć się jednej metody a porządnie. Na kolejne przyjdzie jeszcze odpowiednia pora.

Chustonoszenie to coś wspaniałego. Póki co uskuteczniamy regularnie w domu, ale jak przyjdzie wiosna na pewno będę wychodzić z Małą na zewnątrz. Teraz to dla mnie zbyt skomplikowane logistycznie – musiałabym ją odpowiednio ubrać, siebie, założyć kurtkę Męża … Wolę poczekać na cieplejsze dni, wtedy to będzie czysta przyjemność.

Mała czuje się wspaniale w chuście. Po nakarmieniu i zamotaniu nie ma jej na dobre 3h – śpi sobie w chuście jak susełek, a my możemy oglądać seriale, posprzątać w mieszkaniu, ugotować obiad, popracować na komputerze. Do tego mam wrażenie że chusta zaspokaja jej potrzebę bliskości na tyle, że bez problemu później śpi w swoim łóżeczku. Kiedy Małą męczyły kolki również ratowaliśmy się chustą – była wtedy wyciszona, spokojniejsza i przede wszystkim ja nie byłam bezsilna, patrząc jak cierpi. Polecam z całego serca. Nasza chusta pochodzi z firmy Little Frog, model Baryt, ma 4,6m (jest odpowiednia zarówno dla mnie jak i dla mojego męża). Dokładnie mamy ten model – kkklik .

img_0890

  • Karabińczyk do wózka

Podobno koszyk moim wózku (X-Lander X-Pulse) jest całkiem spory, w porównaniu do innych, ja mam nieco inne zdanie na ten temat. Dużo spaceruję z Małą, ale nie ukrywam że spacery to jest dla mnie okazja do zrobienia zakupów. Były sytuacje, kiedy nie mieściły mi się one w koszu oferowanym przez producenta. Dokupiłam więc karabińczyk, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Udźwignie naprawdę sporo reklamówek. A ja mam wolne ręce🙂

img_1389 img_1399 img_1400


W tym wpisie to tyle. I tak planowałam wspomnieć o góra pięciu akcesoriach/gadżetach, jednak jak widzicie trochę się tego nazbierało. Myślę że w kolejnych wpisach z tej kategorii ilość ta będzie mniejsza.

Jeżeli będziecie chcieli cyklicznie tego rodzaju posty to dajcie znać – z przyjemnością będę je pisać, zwłaszcza że wiem, jak sama łapczywie szukałam takich recenzji przed pojawieniem się dziecka🙂

Ściskam, Asia!

withi

 

Opublikowano World hovers around her . | 9 komentarzy

3 tygodnie innego/nowego życia

***

Hej!

Mała śpi z MrB na brzuchu, więc łapię wolną chwilę i przychodzę do mojego wirtualnego kącika, aby podsumować kilkanaście ostatnich dni. Tak ja w tytule – mamy za sobą trzy inne/nowe tygodnie życia. Jak było? Ciężko. Ale to pewnie nic nadzwyczajnego, tego mogłam się przecież spodziewać, głupia nie jestem a tu co? A tu lekkie zaskoczenie, że mogę mieć worki pod oczami ze zmęczenia, że mogę nie mieć apetytu, bo zamiast jeść lepiej odsypiać, że brakuje siły na zwykły uśmiech. Wszyscy mi to powtarzali, ja się tylko delikatnie uśmiechałam. Ciężko musiało być. Każdy dzień jest inny, każdego dnia uczymy się czegoś nowego. Poznajemy siebie. A ja małymi kroczkami odkrywam skrawki macierzyństwa i już śmiało z ręką na sercu mogę napisać: teraz z jeszcze większym podziwem i szacunkiem patrzę na każdą jedną mamę. I Wam też radzę, bo mamy to cholernie silne stworzenia.

A Marysia to bardzo absorbujące dziecko i tak – codziennie coś się zmienia, raz jest lepiej a raz gorzej, niemniej – nie jest to aniołek, a aniołki-noworodki to chyba rzadkość w naszym gatunku. Czasami udaje nam się przespać 4h ciągiem w nocy, czasami udaje mi się zjeść śniadanie i wypić ciepłą kawę. Całe trzy tygodnie był z nami mój mąż, wszystko było dużo łatwiejsze, dzieliliśmy obowiązki, teraz – zostajemy na polu bitwy same i mam nadzieję że we dwie damy sobie radę wyśmienicie. Liczę na obustronną owocną współpracę. W naszym mieszkaniu jest względny porządek, nie jesteśmy zawaleni pieluszkami tetrowymi, pralka pracuje codziennie minimum raz, kot przestał chodzić obrażony i czasem nawet próbuje pomagać w usypianiu swoim delikatnym mruczeniem. Podsumowując – dajemy sobie radę.

Łapię się czasami na tym że tęsknię do okresu ciąży. Tęsknię za moim brzuchem, a co najdziwniejsze – czasami czuję jakieś kopnięcia w środku … wyimaginowane, oczywiście. Tęsknię za leniuchowaniem z nogami do góry, za przespanymi nocami. Nawet za kilkukrotnym wstawaniem do ubikacji w środku nocy … też tęsknię. Moja gospodarka hormonalna dalej jest na skraju wyczerpania, czasami jak nie wiem skąd ten płacz i wrzask Małej, naprawdę jest mi ciężko. Nie obarczam siebie niczym, nie krytykuję. Muszę przez to wszystko przebrnąć i przy pomocy najbliższych osób nawet mi się to udaje. A na końcu wystarczy jedno spojrzenie na to nasze maleństwo i całe zmęczenie, permanentny brak snu, brudne obsikane pajacyki i bodziaki – wszystko to już nie jest ważne. To, jak Malutka zaczyna się delikatnie uśmiechać, wodzi tym swoim mądrym spojrzeniem, wiem że widzi i rozumie coraz więcej. Tego nie można nie doceniać i przejść obok obojętnie. I może nie mogę sobie tak po prostu wstać, wziąć prysznic, ubrać się i wyjść na zakupy czy imprezę. Nie mogę być niezależna jak kiedyś. Nawet jak wyjdę gdzieś sama, ciągle o niej myślę i czym prędzej chcę wracać do domu. Ale nie ma co tęsknić za tamtym życiem, myśl że jest ktoś totalnie bezbronny i uzależniony od nas, jest wspaniała i w tym momencie najważniejsza.

Na koniec – karmienie piersią to chyba całkiem niezły fitness. W ciąży przytyłam 6,5kg, trzy tygodnie po porodzie jest mnie -12kg mniej. Czekoladę jem, pizzę jem, tony chleba jem. A trochę znikam i trochę wszystko ze mnie spada. Ale nie polecam, bo można się zatracić i nie mieć siły, dlatego mam nadzieję, że w końcu waga stanie, a ja odbuduję swoje ciało.

Jeżeli macie jakieś prośby czy pomysły na wpisy to koniecznie piszcie. Wymyśliłam żeby raz na jakiś czas dodawać wpis z gadżetami/akcesoriami, które przydają nam się w codziennym życiu z noworodkiem, a później niemowlakiem. A testuję tego sporo, szukamy pomocy w niemalże wszystkim co jest na rynku. Co Wy na to? I czekam na wszystkie propozycje, naprawdę! Mój mózg pracuje teraz na naprawdę niskich obrotach, dlatego każda jedna wskazówka będzie na wagę złota.

Więcej jest mnie na Instagramie, więc wszystkich tam zapraszam: kkklik. To dużo prostsze, dwa kliknięcia, kilka słów i tyle. Znalezienie obecnie czasu na napisanie czegoś konkretnego tutaj, to zadanie zdecydowanie z wyższej półki.

Ściskam Was gorąco, Asia!

Garstka zdjęć:

img_0797 img_0825

Białystok troszkę opruszony

img_0940 img_0953 img_8879

chustowanie to zdecydowanie odkrycie pierwszych tygodni – pięknie wycisza i uspokaja, a przy tym zaspokaja potrzebę bliskości. nie ma dziecka na 3h

img_0557 img_0890 img_1052img_0356 img_9362

wyczerpany śledzik😀

img_9366

img_1352


withi

Opublikowano World hovers around her . | 11 komentarzy

Mój poród – położna po drugiej stronie łóżka

***

Hej. Długo myślałam czy poświęcić mój wolny, w ilościach obecnie minimalnych, czas na pisanie tak intymnego i osobistego wpisu. Zastanawiałam się czy warto się dzielić tymi wspomnieniami, a czy przede wszystkim chcę i mam potrzebę wracać do tego dnia? Postanowiłam że do teczki swoich położniczych doświadczeń ten dzień powinien trafić, choć nie tylko – w owej teczce jest to najważniejszy dzień i największe moje doświadczenie. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że poza byciem kobietą, położną, żoną, jestem również mamą. I tak, w końcu, w trakcie jednej sesji karmienia Małej, poczułam wewnętrzną potrzebę żeby wrócić do tego dnia i poskładać wszystko co pamiętam do kupy, tak, aby zamknąć temat mojej 9miesięcznej ciąży w spójną całość.

Zaznaczę na wstępie, że mój poród nie należał do łatwych, przyjemnych i szybkich, ale który do takowych należy? Nie piszę tego wszystkiego po to, aby kogoś przestraszyć bądź zniechęcić. Myślę, że każda kobieta myśląca o posiadaniu dzieci ma większą bądź mniejszą wiedzę na ten temat i wie/podejrzewa/wyobraża sobie, jak to wszystko boli. Jestem położną, więc nie będę czegoś ukrywać bądź omijać. Napiszę jak było z mojej perspektywy. Bardzo tego potrzebuję, cały pierwszy tydzień po porodzie zasypiałam z tymi urwanymi kadrami z tego dnia. Płakałam do poduszki wspominając tamtą bezradność. Zainteresowanych oczywiście zapraszam do pozostanie ze mną.


Nie mam pojęcia od czego zacząć. Na ten dzień czekałam z niecierpliwością od dłuższego czasu, swoje ciało fizycznie jak i psychicznie szykowałam niemalże od samego początku, jak tylko dowiedziałam się że jestem w ciąży. Cały październik był jednym wielkim wyczekiwaniem, pomimo że zgodnie z obliczeniami na podstawie ostatniej miesiączki Mała miała przyjść na świat 28 października, natomiast z pomiarów z pierwszego badania USG – 22 października. Są to terminy bardzo ogólne, niemniej – sama trzymałam się bardziej tego z USG, z praktyki wiem, że on jest bardziej wiarygodny. Czekałam i czekałam, w sumie niepotrzebnie, jednak myślę że trudy ostatniego miesiąca przyczyniły się do tego znacznie – ciało było wymęczone do granic możliwości. Marzyłam o regularnym skurczach, o budzącym mnie w środku nocy potoku płynu owodniowego, o odchodzącym czopie śluzowym. Dalej czekałam. W końcu postanowiłam – Mała wykluje się kiedy uzna, że jest gotowa, a moje ciało da jej sygnał, że: zaczynamy. Odpuściłam. Zaczęły się dłuuuugie spacery, rekreacyjnie wchodziłam po trzy razy na 6 piętro, tańczyłam przed lustrem, nie żałowałam sobie pysznego jedzenia i już spokojniejsza, relaksowałam się ostatnimi, w miarę przespanymi nocami.

24 października 2016

Wstałam jak zwykle, zdziwiona że znowu udało mi się przespać 8-9 godzin bez ani jednej pobudki. Zrobiłam mężowi śniadanie, wzięłam prysznic, poprosiłam o podwiezienie do Lidla, zrobiłam zakupy, kupiłam zapas mojej ulubionej czekolady, wróciłam pieszo, zrobiłam sobie przepyszne śniadanie, o czym nawet zdążyłam poinformować Was na Instagramie: kkklik. Zrobiłam dwa prania, zapaliłam kominek z Yankee Candle – Summer Scoop, włączyłam nową płytę Lady Gagi – Joanne i położyłam się do łóżka z tabletem, włączyłam Fakty z poprzedniego dnia.

Godzina 11. Zawsze zastanawiałam się jak bolesne są skurcze porodowe. Moje pierwsze dni miesiączki od zawsze miałam bardzo bolesne, pierwszego dnia Ketonal krążył w moim krwioobiegu w ilościach hurtowych. W związku z tym bałam się że ‚prześpię‚ te skurcze, że ich nie rozpoznam na czas. Dziewczyny – nic bardziej mylnego – ich nie da się ‚przespać‚. Inna sprawa że nasza kobieca intuicja jest naprawdę niesamowita – ciało od razu podświadomie wie, że coś się zaczyna. I tak było u mnie. Już jakiś czas temu na telefon ściągnęłam aplikację Contractions. I to ona powiedziała mi kiedy należy powoli się przygotować i ruszyć do szpitala. Najpierw skurcze były co 6-7 minut, średnio bolesne, kiedy złapał mnie w trakcie chodzenia, musiałam na chwilę się o coś oprzeć, przeczekać i mogłam dalej coś robić. Wtedy zadzwoniłam do lekarza, który pod koniec prowadził naszą ciążę – na moje wielkie szczęście był tego dnia na dyżurze! Powiedział żeby na spokojnie się przygotować, przyjechać do szpitala na zapis KTG i na wszelki wypadek wziąć walizkę ze sobą. Zadzwoniłam po Stasia, poczekaliśmy aż skurcze będą mocniejsze, a czas między nimi się skróci. Kiedy czułam je co 3-4 minuty ruszyliśmy do szpitala🙂

Godzina 14. Wykonano zapis KTG, przyszedł do nas mój lekarz, zbadał mnie i powiedział, że skurcze co prawda są dość mocne, ale jeszcze nie tak regularne jak powinny. W badaniu wewnętrznym nie było rozwarcia. Powiedział że weźmie nas na blok porodowy do obserwacji i ma nadzieję że dzisiaj coś się ruszy i rozkręci.

Godzina 15. W trakcie skurczu pęka pęcherz płodowy. W badaniu wew. rozwarcie 1cm, mała wstawia się odgięciowo wierzchołkowo w kanał rodny. Skurcze są coraz mocniejsze i coraz częstsze. Położna proponuje prysznic i łagodzenie bólu wodą – zgadzam się i tak 1,5h spędzam pod prysznicem, który był niemalże wybawieniem. Cały czas jest przy mnie Staś i mi pomaga. Pada pytanie czy chcę dostać znieczulenie zewnątrzoponowe – zgadzam się i czekamy na większe rozwarcie szyjki.

Godzina 17-18:30. Po wyjściu z wody wskakuję na piłkę, chodzę, kręcę biodrami – pomaga, ból jest mniej dokuczliwy. Kolejne badanie wewnętrzne – prysznic zrobił swoje i z 1cm jest 5-6cm, ale dalej odgięciowo. Przychodzi anestezjolog, dostaję znieczulenie i w końcu mam uśmiech na twarzy. Niestety nie na długo – w trakcie pierwszych 30 minut zapisu Małej spada tętno, zamiast cieszyć się znieczuleniem i prowadzić aktywny poród, muszę leżeć pod zapisem. Dostaję Fenoterol – lek, po którym przyśpiesza mi tętno, Mała zostaje wewnątrzmacicznie pobudzona, ale wyciszają się skurcze. Pada decyzja o podłączeniu kroplówki z oksytocyną na najmniejszym przepływie. Kolejne spadki tętna Małej, po kolejnej dawce Fenoterolu, pada decyzja o cięciu cesarskim. Mój lekarz mówi mi, że nie ma co jej męczyć, zwłaszcza że nie wstawia się prawidłowo, może to trwać i trwać, a nie wiemy dokładnie skąd te spadki tętna. Oczywiście zgadzam się na operację, zdrowie Malutkiej jest w tym momencie priorytetem. Mnóstwo papierów podsuwanych pod nos, ręce drżą, nie jestem w stanie nic podpisać.

W momencie kiedy szykują salę operacyjną po poprzedniej operacji, powoli ustępuje pierwsza dawka znieczulenia zewnątrzoponowego. I wtedy to właśnie, przez 20-25 minut, pomiędzy przywróceniem odczuwania bólu a cięciem, zaczyna się najgorszy hardcore w moim życiu. Wiecie co, nie potrafię tego do niczego porównać. Nie wiem co na to wpłynęło – czy to ta oksytocyna, czy nie byłam przygotowana na aż taki ból. Patrzyłam jednym okiem przez mgłę na zapis, skurcze były w kosmos, ból był koszmarny. Leżałam i wbijałam paznokcie w łóżko, gryzłam się w ręce, płakałam. W przerwach między skurczowych zamykałam oczy i zbierałam siły na kolejny, jeszcze mocniejszy. Modliłam się, żeby wzięli mnie w końcu na tą salę i wyciągnęli Małą. Pamiętam przez łzy bezradność Stasia, pamiętam jak położna wzięła mi twarz w swoje ręce i mówiła że już tyle wytrzymałam, że to jeszcze sekundy i córeczka będzie z nami. Pamiętam mojego lekarza, który mówił, że wie że boli, a ja sobie myślałam: co Ty kur** wiesz? Musieliśmy przebrać moją koszulkę na koszulę operacyjną – robiliśmy to w trakcie skurczu, myślałam że zagryzę się na śmierć. Potem, na sali operacyjnej anestezjolog wykonał kolejne znieczulenie, ja oczywiście musiałam siedzieć bez ruchu w trakcie. Na sali była cudowna pielęgniarka anestezjologiczna, trzymała mnie mocno i mówiła, że jak będzie skurcz, to NIE MOGĘ się ruszać, ale mogę ją gryźć. I tak zrobiłam – w trakcie skurczu ugryzłam ją w rękę i wyśliniłam cały fartuch😀 Później przeprosiłam, a ona puściła do mnie tylko oczko i powiedziała: Asia Asi wybaczy😀

Godzina 19:00. Leżę znieczulona, czuję się wykończona fizycznie i psychicznie. Chce mi się potwornie pić. Wiem jak wygląda cięcie cesarskie od drugiej strony. Mój lekarz wykonywał operację. Kiedy wszystko było gotowe, padło pytanie do anestezjologa czy pacjent jest gotowy. Zostałam zapytana czy cokolwiek czuję. Czułam delikatne dotykanie, o czym oczywiście powiedziałam, ale wiedziałam że w momencie kiedy ktoś mnie niby dotykał, był to po prostu skalpel, który rozcinał moje powłoki brzuszne. Przez całą operację anestezjolog pytał czy wszystko ok, pamiętam że ciągle majaczyłam że chce mi się pić, pić, pić … Dostałam lek przeciwwymiotny, bo to samo – koszmarnie chciało mi się wymiotować. W jednej z lamp na suficie widziałam swoją twarz.

Godzina 19:10. Kiedy po kilku minutach urodziła się Marysia, usłyszałam jej krzyk, popłynęła mi mieszanka łez bezradności, szczęścia, zmęczenia i sama nie wiem czego jeszcze. Oceniono ją na 10pkt w skali Apgar, ważyła 3210g i miała 54cm. Położna przyniosła mi ją, abym mogła się z nią przywitać i pocałować. Pamiętam że popatrzyłam na nią, pocałowałam i chciałam żeby już ją ode mnie wzięli. Miałam dość wszystkiego i chciałam tylko napić się wody. A panie wdały się w dyskusje jaka ona śliczna itd … Później Mała została wywieziona z sali operacyjnej i na zewnątrz pokazano ją Stasiowi, on ją już przejął i ciągle z nią był. Mnie w tym czasie zszywali. Po kilkunastu minutach mój lekarz cały rozpromieniony powiedział: no no, pani Joasiu, muszę przyznać że wykonałem fachową robotę – nie naruszyłem tatuaża😀 I to był jeden z przyjemniejszych momentów cięcia cesarskiego po którym chyba nawet się uśmiechnęłam.

Brzmi drastycznie? Tak się czułam, tak to wspominam, tak ten dzień zapamiętałam. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które dobrowolnie (a bo tokofobia, wada wzroku i inne śednie wymówki …) kładły się na stół operacyjny, a co najśmieszniejsze – płaciły za operację kilka tysięcy, bo to bo tamto. Teraz … po tym wszystkim, nie rozumiem ich tym bardziej. Już nie chodzi o samą operację, pewnie gdyby była planowana a nie nagła, wszystko byłoby piękne i kolorowe, może nawet pomalowałabym sobie rzęsy? -.- U mnie wszystko było nagłe, momentami naprawdę nie wiedziałam co się dzieje. Do tego dochodzi morfina po cięciu, ból rany, ciągnięcie. Naprawdę pierwszy tydzień nie był łatwy. Pomimo że w miarę szybko sama się uruchomiłam (bo oczywiście żadna położna się do mnie nie pofatygowała) i już o 5 rano następnego dnia siedziałam na łóżku, a godzinę później dreptałam po sali, to ból był. I ta nieporadność. Proszenie o pomoc przy najbanalniejszych czynnościach. Nie mogłam Małej przystawić do piersi po CC bo nie czułam swojego ciała. Dopiero nad ranem położna mi ją przywiozła i na szczęście mój mały ssak szybko wiedział o co chodzi.

I potwierdzę – wystarczy jeden rzut oka na to nasze małe maleństwo, które mamy, i wszystko co złe nie jest już ważne i istotne. Bo było warto, mimo wszystko. 

I chyba było warto napisać to wszystko. Pomimo że mam teraz spuchnięte oczy od płaczu, czuję jakiś wewnętrzny spokój i poniekąd oczyszczenie. Pamiętajcie – każdy poród jest inny, każdy zacznie i zakończy się inaczej. Czy tak właśnie wyobrażałam sobie mój pierwszy? Pisałam Wam w poście o obawach przedporodowych (klik), ze w tym jednym przypadku nie ma sensu NICZEGO planować, bo po co? Możemy sobie marzyć o pięknym porodzie przy muzyce, świecach i w wannie. Wszystkie nasze plany mogą zostać zrównane z ziemią w przeciągu kilku minut i fakt, że byliśmy nieprzygotowani na takie nagłe zwroty, może być naprawdę nie do przeskoczenia. Lepiej na nic się nie nastawiać i myśleć optymistycznie. W końcu prawda jest jedna: ból porodowy to jedyny ból, który prowadzi do czegoś pięknego.

Na koniec dodam: nie dałabym sobie rady przebrnąć przez to wszystko, gdyby nie mój mąż, który był cały czas przy mnie, aż do zamknięcia drzwi od sali operacyjnej. Jestem potwornie dumna, że tak świetnie sobie poradził.

Ściskam Was mocno i wracam do naszego małego i słodkiego Uzależnienia. Daje w kość, ale powtórzę – wystarczy na nią spojrzeć i nic już nie jest ważne. Trzymajcie się i pamiętajcie o mnie – w miarę możliwości będę pisać!

Asia.


Nasze pierwsze chwile razem:

img_9408 img_9463 img_9467 img_9477 img_0067 img_0071

withi

Opublikowano World hovers around her . | 19 komentarzy

III trymestr ciąży oczami młodej położnej

***

I trymestr – kkkklik

II trymestr – kkkklik


Hej. To już trzeci i zarazem ostatni wpis z serii przed-porodowych objawów. Niektórzy pewnie wiedzą, że jesteśmy już po porodzie z Małą w domu. Tak jak obiecałam, wracam do Was jeszcze na moment z podsumowaniem III trymestru, tak, aby spójnie zamknąć całość w jedno. Teraz mam rzut na całe 9 miesięcy i myślę, że w miarę obiektywnie mogę napisać co sądzę o tym długim okresie oczekiwania.

Czy było łatwo, przyjemnie i pachnąco przez cały ten czas? Otóż nie, choć na zdjęciach zawsze się uśmiechałam, dumnie prezentując moje nabyte krągłości. Było różnie. Raz lepiej raz gorzej. Były dni, kiedy miałam nagły przypływ energii i jak mówił mój mąż: dzisiaj mam dzień dodatniej energii, poszłam nawet po zakupy😀. Jednak dni, kiedy leżałam w łóżku płacząc z bezradności – takich w tym III trymestrze było znacznie więcej. Ostatnie 3 miesiące mojej ciąży to w mojej ocenie najcięższy okres dla mnie zarówno psychicznie jak i fizycznie. Psychicznie głównie dlatego, że nie mogłam poradzić sobie ze swoją chwilową bezradnością i tego, jak moje ciało bywało słabe … i zależne od innych. Jest to na pewno z jednej strony najpiękniejszy etap ciąży, w końcu mamy ten wyczekiwany brzuszek, wszyscy chcą go smyrać i macać, ludzie są uprzejmi i pomocni, pytają kto mieszka w brzuchu i kiedy data porodu. Już teraz wiem, że będę tęskniła za tymi, już nie tak delikatnymi, kopniaczkami w brzuchu, które w III trymestrze nabrały zupełnie innego charakteru – w końcu maluch o wadze +/- 3kg nie smyra delikatnie nóżką, wręcz przeciwnie – przeciąga się w brzuchu jak kocur po kilkugodzinnej drzemce🙂

Z perspektywy czasu nawet uciążliwe mdłości i ciągła ogarniająca senność I trymestru nie powaliła mnie tak z nóg jak brak siły, niezdarność, uziemnienie w mieszkaniu na czas upałów III trymestru. Przytaknę za książkami, portalami, położnymi, lekarzami – II trymestr to zdecydowanie najlepszy okres, czas na wzięcie porządnego głębokiego wdechu.

Tyle tytułem wstępu. Zainteresowanych zapraszam na, klasycznie już, objawy, wizyty lekarskie, pielęgnacje, suplementy III trymestru🙂

Na początek kilka zdjęć porównawczych:

30 tydzień ciąży:

IMG_6544

35 tydzień ciąży:

img_7917

Prawie 38 tydzień ciąży:

0c342d8b-12bc-4e75-a47a-83a2848edb86

40 tydzień ciąży:

img_9381

OBJAWY

Wahania nastroju, wylewanie z siebie litrów łez z nawet najbardziej błahych powodów – bez zmian podobnie jak w I i II trymestrze.

  1. Wahania ciśnienia – bardzo często wiążące się z tym osłabienie, wstawanie po 10h snu i poczucie, że ma się za sobą zarwaną noc. Kilka razy musiałam się wspomóc kawą, zawsze jednak wybierałam moche z bardzo słabym espresso. Kilka razy miałam wrażenie że zaraz zemdleję, musiałam wtedy szybko gdzieś usiąść i głęboko oddychać.
  2. Napinanie się brzucha – po przejściu krótkiego odcinka w umiarkowanym tempie zaczynał mi się napinać brzuch, ciężko to opisać, ale od spojenia łonowego w górę. Podobnie wieczorami przed snem – czasami wręcz kujące bóle w obrębie miednicy. Ratowałam się No-Spą i odpoczynkiem w łóżku. Ograniczyłam ruch, nie spacerowałam już tak dużo jak wcześniej, rower wyciągałam tylko na zakupy, tak, aby uniknąć noszenia siatek.
  3. Więzadła obłe macicy – pod koniec ciąży zaczęłam czuć niesymetryczne ciągnięcia z lewej strony. Nie było to nic innego jak napinające się więzadła pod wpływem rosnącej macicy. Najbardziej bolało w trakcie śmiania się, kichania, długiego chodzenia.
  4. Pocenie się – niestety zauważyłam że bardzo szybko się pociłam, a wcześniej nie miałam z tym większych problemów. Często w nocy nie mogłam spać, wybudzałam się cała rozpalona i mokra. Podobnie stopy – nigdy nie miałam z nimi problemów, a bywały dni, że dosłownie pływałam w Crocsach🙂
  5. Puchnięcie stóp i dłoni – masakra … nigdy nie puchły mi stopy, więc widok palców przypominających serdelki był dla mnie lekkim szokiem. Na szczęście po krótkim wypoczynku problem ustępował. Najgorzej było pod koniec sierpnia i na początku września, kiedy lato dało o sobie jeszcze znać i temperatury sięgały 30stopni. Trochę chodzenia i bach, stopy jak u słonika. Podobnie dłonie – musiałam zrezygnować z noszenia obrączki, bo miałam wrażenie że mój prawy serdeczny palec nie jest w ogóle odżywiany i dojdzie do martwicy. Co się wiążę z puchnięciem – dopadło mnie koszmarne swędzenie tych miejsc, do tego stopnia, że zdiagnozowałam u siebie cholestażę ciężarnych😀 (oczywiście niesłusznie, pisałam o tym pracę licencjacką więc byłam dość wyczulona). img_77941
  6. Ból i drętwienie stóp i dłoni – zwłaszcza po wstaniu z łóżka … Nie wiem do tej pory o co chodzi, może to nagła potrzeba dźwigania dodatkowych kilogramów? Dłonie bolały mnie przez cały dzień, stopy zwłaszcza rano. Też tak miałyście? Czasami miałam wrażenie, jakbym całą noc przerzucała worki ziemniaków z jednej strony na drugą😀
  7. Problemy ze schylaniem – ale to uzasadnione, kiedy brzuch wystaje z przodu, jest niemałą przeszkodą. Za każdym razem długo myślałam czy jest sens się po coś schylać. 3
  8. Waga przed porodem – od pierwszej wizyty u ginekologa w 6 tygodniu ciąży do dnia porodu przytyłam 6,5kg choć powiem Wam, że tyle ile zjadłam słodyczy przez całą ciążę, nie zjadłam chyba w ostatnich 5 latach, serio. Codziennie musiałam zjeść coś słodkiego, ale wszystko z umiarem – jeden batonik, lody czy kawałek ciasta. Nie objadałam się jakoś specjalnie. Bywały dni że w ogóle ciężko mi było zjeść 5 małych posiłków.
  9. Linea Negra -w trzecim trymestrze pojawiła się na moim brzuchu słynna ciemna linia, która nie jest niczym innym jak przebarwieniem charakterystycznym dla okresu ciąży, spowodowanym zbyt dużą produkcją melaniny. Po porodzie, po jakimś czasie, znika bez śladu. Biegnie od spojenia łonowego do pępka, czasami wyżej. U mnie się pojawiła, jednak nie nie u każdej ciężarnej można ją zaobserwować.
  10. Pierwszy pokarm – w trzecim trymestrze zaczął pojawiać się pierwszy pokarm, również nie jest to objaw, który wystąpi u każdej ciężarnej. Ilości były na tyle małe, że obeszło się bez stosowania wkładek laktacyjnych. Niemniej, nie jest to nic dziwnego, czym kobieta ciężarna powinna się stresować. Produkcja pokarmu zaczyna się na długo przed porodem … nadmiar hormonów też robi swoje. Czasami wystarczy płacz dziecka czy wyobrażenia o swoim, jeszcze nienarodzonym maleństwie, i widoczny jest wyrzut pokarmu z piersi🙂
  11. Ruchy Maleństwa – stały się bardzo intensywne, momentami wręcz bardzo ciężkie do zniesienia. Maluszek tańcował w brzuchu, dawał popalić. Były wieczory kiedy zasypiałam płacząc, ból spowodowany ruchami, do tego ból głowy i koszmarnie ciężkie i obolałe nogi … wszystko skumulowane razem było momentami zbyt ciężkie do udźwignięcia. Doszło swędzenie skóry brzucha. Niemniej wciąż uważam że ruchy dziecka to coś tak cudownego. To jak zaczynamy porozumiewać się niewerbalnie. To jak maluszek reaguje na nasz nastrój, pogodę, to co zjemy, wysiłek fizyczny. Już wiem że niedługo będzie mi tego bardzo brakowało. 2
  12. Przygotowanie brodawek do karmienia piersią – wiadomo, wszelkie metody hartowania brodawek odpadają i naprawdę mogą zrobić więcej krzywdy niż pożytku. Nie ma sensu męczyć tych biednych piersi. Najlepsze co możemy dla nich zrobić to po prostu je nawilżać i natłuszczać, tak, aby na samym początku nie pękały i nie były aż tak wrażliwe. W momencie kiedy rozpoczęłam stosowanie oliwek, aplikowałam są również na piersi. W 35hbd kiedy miałam spotkanie z położną środowiskową ta podpowiedziała mi, żeby kupić olej z wiesiołka w postaci kapsułek i codziennie raz, bądź dwa razy aplikować taką kapsułkę na brodawki, co zaczęłam robić. Wątpiłam, że będę miała z nimi jakieś problemy, przez całą ciążę nie sprawiały mi kłopotów i były ciągle przygotowane🙂 nie mniej, jak można sobie jakoś dodatkowo pomóc to czemu nie? Dodatkowo to taka wskazówka dla Was :) img_8678
  13. Pakowanie walizki – przezorny zawsze ubezpieczony, wiele widziałam, wiele przedwczesnych porodów, wolałam być wcześniej przygotowana niż później, nie daj Boże, tłumaczyć Stasiowi ze szpitala gdzie są moje siateczkowe majtki i wkładki laktacyjne. Walizkę miałam przygotowaną już w 32 tygodniu ciąży, a wpis o tym co spakowałam do szpitala macie tutaj – kkkkilk.
  14. Kompletowanie wyprawki i kącika Maleństwa – jak wiecie z poprzednich wpisów, kompletowanie wyprawki rozpoczęłam już w połowie II trymestru, jednak to w III ostatecznie udało mi się zapiąć wszystko na ostatni guzik. Podobnie kącik malutkiej – poczynione zostały delikatne zmiany w naszej sypialni. Wpis na temat kącika: kkkklik.
  15. BABY SHOWER – na początku 9 miesiąca wspólnie z moją przyjaciółką Klaudyną zorganizowałyśmy imprezę w babskim gronie, czyli Baby Shower. Namawiała mnie długo, suma summarum stwierdziłam słusznie, że to ostatnia taka okazja w najbliższym czasie, aby spotkać się z koleżankami, porozmawiać, zjeść pyszne rzeczy. Nie wiadomo kiedy w najbliższych miesiącach znajdę siłę, ochotę i czas, aby zorganizować taki babski dzień. Cały wpis ze zdjęciami znajdziecie tutaj – kkkklik🙂
  16. Stan skóry/włosów/paznokci – napiszę więcej niżej, w PIELĘGNACJI.
  17. Aktywność fizyczna – praktycznie do końca ciąży byłam w mniejszym bądź większym stopniu aktywna. Rowerem jeździłam jeszcze w 9 miesiącu, ograniczyłam się do wypraw po zakupy do sklepu, żeby uniknąć dźwigania. W domu starałam się tańczyć. Zdumiewające jest to, jak szybko łapałam zadyszkę. A poza tym dużo chodziłam. Pod koniec ciąży wchodziłam na 6 piętro, robiliśmy sobie długie spacery nawet po 10km. Także ruchu mi nie brakowało🙂
  18. Położna środowiskowa – od 35hbd do końca ciąży raz w tygodniu miałam wizytę u położnej środowiskowej.

 

WIZYTY LEKARSKIE

28 tydzień ciąży: standardowo już zostałam zważona, ciśnienie. Od pierwszej wizyty w 6 tygodniu ciąży moja waga podskoczyła o niecałe 5kg w górę. Wykonaliśmy USG, lekarz sprawdził wymiary, wciąż byliśmy w rozwoju tydzień do przodu, waga 1170g. Lekarz potwierdził prawidłowy rozwój i dobrobyt naszego dziecka. Wcześniejsze położenie miednicowe zastąpiło główkowe.

Zlecone badania:

  • morfologia krwi
  • mocz ogólny

32 tydzień ciąży: bez zmian – zostałam zważona, ciśnienie. Była to wizyta dość przełomowa, jako że pierwszy raz nie podglądaliśmy Małej na USG – lekarz powiedział że nie widzi wskazania medycznego do badania ultrasonograficznego, a ja w końcu mądrze stwierdziłam, że bez sensu wydawać kolejne 150zł, jeżeli wszystko jest w porządku. Lekarz przyłożył tylko pelotę, sprawdziliśmy tętno, szyjkę, czy dalej jest ułożenie główkowe. Został mi pobrany wymaz z pochwy na obecność paciorkowców gr B, bakterii i grzybów. Antybiotykoterapia z II trymestru dała radę, w wymazie brak obecności ww. Po ostatniej wizycie poprawa morfologii krwi.

Zlecone badania:

  • morfologia krwi
  • mocz ogólny

35 tydzień ciąży: zostałam zważona, ciśnienie. Lekarz wykonał badanie USG na którym potwierdził to, co już wcześniej przewidzieliśmy – Malutka nie miała urodzić się wcale taka Malutka. W 34hbd +6dni Mała ważyła 2900g, także była całkiem dorodną Kluską. Lekarz potwierdził dobrostan naszej Córki, położenie główkowe bez zmian, zrobiliśmy zdjęcia 3D. Termin porodu według USG wciąż tydzień wcześniej niż z OM.

Lekarz określił moją hemoglobinę jak hemoglobinę nurka😀 (picie soków z natki pietruszki zrobiło swoje i w przeciągu niecałych dwóch miesięcy wszystko pofrunęło w górę, przykładowo hemoglobina z 10,4 na 12,4🙂 )

Zlecone badania:

  • morfologia krwi
  • mocz ogólny

38 tydzień ciąży: wizyta u innego lekarza – zostałam zbadana wewnętrznie, zważona, ciśnienie, zrobiliśmy badanie USG. Okazało się że Mała może nie być aż taka duża, jakie były prognozy, ale wiadomo – inny lekarz, inne oko + błąd pomiarowy +/- 500g. Badania krwi bardzo dobre. Poza morfologią, moczem miałam zrobić jeszcze glukozę i CRP – wszystko ok. Lekarz powiedział że za tydzień mam się pojawić na zapis KTG.

SUPLEMENTACJA, LEKI

Przed użyciem każdego leku skonsultuj to ze swoim lekarzem prowadzącym ! ! !

  • ciąg dalszy przyjmowania żelaza – lekarz zmienił mi z Tardyferonu na Chella-Ferr, 1xdziennie + koktajle z natki pietruszki zrobiło swoje i wyniki trochę się podniosły, od 37hbd przestałam w ogóle brać żelazo, jako że wyniki poszybowały w górę

img_7604

  • Femibion Natal 2
  • No-Spa Max

img_7603

  • Magnez + wit B6 + gorzka czekolada😀
  • na przeziębienie, koszmarny ból głowy i mięsni brałam APAP Extra co 4-6h, do tego niezawodne okazały się herbatki z malinami, cytryną i miodem
  • na katar, zapchany nos czy wysuszoną śluzówkę Prenalen

img_8679

PIELĘGNACJA 

Na pewno padną pytania, czy pojawiły się na moim ciele rozstępy, żylaki. Na szczęście nie. Jak czytaliście poprzednie dwie części z I i II trymestru to wiecie że starałam się pamiętać o natłuszczaniu i nawilżaniu skóry brzucha i piersi. Tak naprawdę dbałam tylko o te rejony. Nie wiem czy to zasługa właśnie tego, czy genetyka, a może picie naprawdę dużych ilości wody? Cieszę się że udało mi się ich uniknąć, nie jestem jakoś bardzo sfokusowana jeżeli o to chodzi, ale mimo wszystko – lepiej ich nie mieć, aniżeli mieć taką po-ciążową pamiątkę.

Dostałam też pytanie o tatuaż na biodrze. Tatuaż się nie rozciągnął. 5 lat temu kiedy stałam się jego posiadaczką, pytałam tatużystkę czy to miejsce jest bezpieczne jeżeli chodzi o kwestię przyszłej ciąży. Dlatego wiedziałam, że nie powinno się z nim nic strasznego stać.

Jeżeli chodzi o pielęgnację skóry brzucha i piersi w trakcie III trymestru – bez zmian, podobnie jak w II oliwki i masło shea z Organique. Bardzo polubiłam oliwkę z Rossmanna – jest bardzo wydajna, pięknie pachnie, ładnie się wchłania. W trakcie ciąży zużyłam jakieś pięć opakowań, w tym trzy w III trymestrze. Wcierałam ją w brzuch i piersi po wieczornej kąpieli, później jak pamiętałam smarowałam się jeszcze masłem shea z Organique – ale nie zawsze. W III trymestrze zmieniłam masło o zapachu magnolii na kozie mleko z liczi – uwielbiam te masła!

img_8677img_9225

Raz na jakiś czas wykonywałam mój ulubiony, domowy peeling, czyli: olej kokosowy, kawa, łyżka miodu i cukier:

img_7726

  • stan włosów bez zmian, dalej były gęste i niesprawiające zbyt dużych problemów
  • paznokcie przez całą ciążę były w gorszym stanie niż przed. Niestety, łamały się nawet pod hybrydą. Miały raz lepsze raz gorsze okresy, ale podsumowując te 9 miesięcy – było z nimi słabiutko. Pod koniec ciąży przestały się w końcu łamać.
  • skóra twarzy przez całą ciążę bez większych zmian – raz na ruski rok wyskoczył mi jakiś wyprysk, ale tak jak mówię – baaaardzo rzadko.

I to chyba wszystko.

Ściskam i czekam na pytania. Asia!


 

withi

Opublikowano World hovers around her . | 6 komentarzy

filmowo, serialowo i standardowo – ciążowo

***

Hej.

Ostatnie wieczory spędzamy wpatrzeni w serial Bloodline (klik). Odkryłam go totalnie przez przypadek, spodobała mi się scenografia (archipelag Florida Keys), miejsce akcji i plakat, a dokładnie tajemnicze we’re not bad people, but we did a bad thing. Obecnie kończymy pierwszy sezon (są dwa po 13 odcinków) i co mogę powiedzieć na tę chwilę? Serial jest bardzo specyficzny, mnóstwo tajemnic, intrygujący. Opowiada historię rodziny, czwórki rodzeństwa z tyloma smaczkami z przeszłości, które zaczynają powoli wychodzić po powrocie czarnej owcy rodziny – Danny’ego. Do tego niesamowita gra aktorska i te cudowne widoki, błękitne niebo i krystaliczny ocean – momentami czuję się jakbym była na wakacjach! Naprawdę polecam. I jak dobrze że mamy Netflix’a  <3

Trailer:

I zdjęcia:

Polecałam kiedyś na blogu serial Black Mirror (klik). Wiem że wiele z Was obejrzało i byliście równie zachwyceni jak my. Taki news dla niezorientowanych – za kilkanaście dni premiera trzeciego sezonu! Trochę się boję, bo pamiętam jak bardzo poruszył mnie każdy jeden odcinek. A przypomnę, że każdy jeden to zupełnie inna historia. Historia o tym, jaka przerażająca przyszłość być może nas czeka? Mam nadzieję że poziom zostanie zachowany i już nie mogę się doczekać🙂

Byliśmy też w kinie na Osobliwym domu pani Peregrine (klik). Pomijając fakt, że przez cały seans miałam regularne skurcze i siedziałam z włączoną aplikacją, która mi je liczyła, kolejną przeszkodą były fatalne okulary 3D – jak ja nie znoszę chodzić na filmy w technologii 3D! (film jest też w wersji 2D, szkoda że odkryliśmy to po fakcie …) to film … podobał mi się, choć Burton bywa specyficzny i mało tutaj było typowego Tima – żadna czarna komedia, mało tego przypisanego do niego humoru. Mi się podobał cały magiczny świat pokazany w tym filmie. Piękne kostiumy. Można się na chwilę oderwać od ziemi, podobnie jak bohaterka Emma gubi grawitację ściągając buty. Piękna Eva Green – nie mogłam się napatrzeć! Bajeczka, ale nie dla dzieci – jest kilka obrzydliwych scen, te oczy … ci co widzieli wiedzą o czym mówię. W kinach pustka, więc jak macie ochotę na trochę magii w naszej szarej rzeczywistości to polecam🙂

Co u nas? Bezsenność, swędzenie całego ciała, Staś mi zakłada skarpetki i buty. Także bardzo ciekawie jak widzicie. Narzekałam że jest taaaaaak gorąco, że nie daję rady bla bla bla. Teraz jest mi zimno. Tak źle i tak niedobrze. Mam dość mojego niezdecydowania, skoków nastroju. Wpadłam w błędne koło – robię awanturę o byle pierodłę, później płaczę godzinę, później mam tak zapchany nos, że nie mogę zasnąć i nie śpię … a rano wstaję wkurzona i zmęczona. Mój układ hormonalny jest na skraju wyczerpania, podobnie jak Staś, który też ma mnie dość, dziwię się że jeszcze nie wyrzucił mnie przez okno😀 – sama mam siebie po dziurki w nosie. Codziennie w nocy rodzę, nawet po kilka razy – jakby podliczyć ile razy rodziłam nocami w trakcie tej ciąży, nie dziwi już wyczerpanie i totalna bezsilność. I tak sobie czekamy cierpliwie. Miałam urodzić w październiku, Mała siedzi tak wysoko, że boję się że w święta Bożego Narodzenia będę paradować z moim wystającym brzuchem -.-

Ściskam, Asia!

Zapraszam na zdjęcia z ostatnich dni:

nowe zimowe wdzianko Leonilli

4f3e56a6-d3a3-4c09-aaac-edbe944eb892 e7810f65-a51d-48d7-870e-76940ce546feimg_9270 img_9038 img_9101 img_9158

Staś pływa, a my siedzimy 

img_9162

McFlurry najlepszy przed USG : D

img_9219 img_9247 img_9259

jesienne wieczory, serial i kula z kota

img_9261 img_9264 img_9265

withi

Opublikowano World hovers around her . | 6 komentarzy

Obawy młodej położnej na kilkanaście dni przed swoim pierwszym porodem /\

***

Hej. Wiem że dla niektórych to co piszę, zdjęcia jakie zamieszczam, wszędzie uśmiech od ucha do ucha – wszystko to wskazuje jasno i wyraźnie, że wprost nie mogę się doczekać swojego porodu, że niczego się nie boję i po tym wszystkim co dane mi było zobaczyć i doświadczyć w trakcie pięciu lat studiów i intensywnych praktyk – jestem spokojna i w spokoju oczekuję tego dnia .. No powiem Wam, że nie, nie no i jeszcze raz nie. Jak każda kobieta, a zwłaszcza taka, która oczekuje swojego pierwszego dziecka, mam w głowie mnóstwo pytań, obaw, a im bliżej terminu porodu, tym wszystko to namnaża się w tempie iście ekspresowym. Zbliżający się poród jest dla mojego ciała tak samo dużą niewiadomą jak dla wszystkich pierworódek, bez różnicy co widziałam, co robiłam, pomimo wiedzy jak wszystko powinno wyglądać.

Postaram się napisać Wam tutaj o moich głównych obawach, związanych ze zbliżającym się porodem jak i pierwszych chwilach macierzyństwa. Wiedzcie, że nie jesteście z tym wszystkim same🙂

img_8975

* Boję się o zdrowie Małej. Niestety, to chyba utrapienie każdej z nas. Pobudki w środku nocy, czekanie na ruchy dziecka, zastanawianie się czy super-extra-hiper sprzęt mojego ginekologa nie popełnił błędu. Czy nie będzie żadnych komplikacji przy porodzie. Czy Mała się dobrze rozwija. I tak dalej … i tak dalej …

* Nie wiem czy będzie mi dane urodzić naturalnie. Tak wiem, tego nie wie i nie może przewidzieć żadna z nas, jednak u mnie sprawę komplikuje szereg, niestety niezależnych ode mnie czynników jak np:

a) szacowana masa Malutkiej, która zapowiada się na naprawdę dużą dziewczynkę

b) genetyka, a dokładnie wymiary miednicy, które nie są powalające – u mojej mamy wystąpiła niewspółmierność porodowa, tzn byłam zbyt duża, a ona posiada zbyt wąską miednicę, żeby urodzić mnie naturalnie

Wierzę w wiele zbiegów okoliczności, wierzę w siebie i swoje ciało. Ale mam z tyłu głowy, że priorytetem w tej sytuacji jest zdrowie naszego dziecka i nie będę brnąć w poród siłami natury, jeżeli nie będzie mi dane urodzić w ten sposób. Nie będę płakać i użalać się nad sobą, jeżeli skończę na sali operacyjnej. Cięcie cesarskie to też poród, jakkolwiek to dziwnie brzmi – kobiety które RODZĄ tą drogą nie są gorszymi matkami, nie mają prawa niczego sobie zarzucać. Medycyna poszła o ten krok do przodu, że dzięki właśnie cesarskiemu cięciu wiele kobiet, które kiedyś nie byłoby w stanie urodzić samodzielnie, prawdopodobnie nie przeżyłoby tego momentu, podobnie jak ich dzieci, dzisiaj, może cieszyć się macierzyństwem i nową rolą w życiu. Dlatego – jakkolwiek będzie, będzie dobrze. Marzę o porodzie siłami natury, jest to dla mnie coś tak pięknego, że wprost drżę na samą myśl, a drugiej strony wiecie, że mam głowę na karku i wiem kto jest tutaj najważniejszy.

* Czy boję się porodu? Sama nie wiem. Na chwilę obecną jestem ostoją spokoju, jeżeli o to chodzi, myślę jednak że regularna czynność skurczowa sprowadzi mnie szybko na ziemię i doda nieco więcej adrenaliny w moim obecnie nudnym życiu😀

Wiem jak wszystko wygląda, a przynajmniej jak powinno wyglądać. Wiem czego mniej więcej mogę się spodziewać, jak sobie poradzić. Jednak wielu rzeczy nie mogę sobie na ten moment wyobrazić, a chodzi mi tu głównie o ból porodowy. Widziałam i przyjęłam wiele porodów, jedne pacjentki cierpiały bardziej, inne mniej. Jest to sprawa tak indywidualna, że nikt nie jest w stanie tego przewidzieć, nawet wieloródka z piątką dzieci na głowie. Wierzę w mój optymizm, w wsparcie mojego Męża, w pozytywne nastawienie, w Małą i w moją macicę, że razem uporamy się z tym fantem raz dwa😀

* Nie wiem gdzie ostatecznie będziemy rodzić. Moje początkowe plany uległy ostatnimi dniami sporym zmianom. Na początku wszystko wydawało mi się takie proste, teraz zdrowy rozsądek, czysta wygoda i sporo innych czynników wzięło górę. W dniu, kiedy dowiedziałam się że jestem w ciąży jasne było dla mnie, gdzie chcę urodzić. Niestety nie jest to miasto w którym obecnie mieszkamy, także sporo planowałam, ustawiałam, kombinowałam jak to wszystko zgrać logistycznie. Typu: kiedy jechać? a co jak będzie zbyt duża i będę miała skierowanie na cięcie cesarskie? lepiej dwa tygodnie przed terminem czy później? Itd .. itd … Im bliżej terminu porodu tym bardziej zmieniam te plany. Jestem wykończona całą ciążą, chciałabym zostać w naszym mieszkaniu, boję się czekania w innym mieście. Oczywiście nie byłabym sama, ale wiadomo – dom to jednak dom.

Niby wierzę, że wszystko pójdzie po naszej myśli, wiem też, że może być zupełnie inaczej. Porodu nie da się przewidzieć, nie da się go zaplanować. Jak ja i Malutka będziemy gotowe i zgramy się w tym danym momencie, wtedy to nastąpi. Jak akcja porodowa zacznie się przed naszym wyjazdem, podobnie jak wyżej – nie będę płakać i użalać się, że coś nie poszło po mojej myśli – zepnę się w sobie i urodzimy obojętnie gdzie🙂

* Nasza Córeczka to jesienne dziecko. Lubię jesień, zwłaszcza tą złotą, ciepłą. Boję się pierwszego miesiąca macierzyństwa – brzydkiej, dołującej pogody, krótkich i zimnych dni, deszczu, szarugi. Normalnie ludzie wpadają w jakieś doły mniejsze czy większe, a co będzie po porodzie, kiedy ciało będzie dochodzić do siebie, trzeba będzie nauczyć się siebie nawzajem? Rytm dnia będzie totalnie odwrócony i zachwiany? Póki co mało o tym myślę, ale nie ukrywam – jesień to nie jest najlepszy okres do rodzenia. Nawet na spacery będzie ciężko wychodzić …

* Czy sobie poradzimy? Niby mam jakieś tam doświadczenie, opiekowałam się przez całe studia dziećmi w różnym wieku, w tym również niemowlakami. Niby mam jakąś tam wprawę po setkach godzin praktyk na oddziałach. Ale to nowa sytuacja. To nasze pierwsze dziecko, to nasza odpowiedzialność, to ktoś zależny tylko i wyłącznie od nas. I to własnie ta odpowiedzialność sprawia, że chce się dać z siebie wszystko co najlepsze. Jak najwięcej. I jeszcze więcej. Nie wiem gdzie jest granica i nie wiem, czy uda mi się ją odnaleźć i zachować?

* A co na to Leon? Podejrzewam że mój leniwy Brytyjczyk przez pierwszy miesiąc nawet nie zorientuje się że ktoś nowy pojawił się w domu – prześpi tę istotę tak jak przesypia całe swoje życie😀 A tak szczerze, jest to tak poczciwe i nieinwazyjne zwierzę, o czym dobrze wiecie, że o relację kot-Malutka w ogóle się nie boję. Myślę że będzie trzymał dystans, powącha, zobaczy że coś się rusza, przez chwilę nowa sytuacja może nawet wzbudzi u niego jakiekolwiek minimalne zainteresowanie, a potem …? A potem pójdzie spać. Jeżeli macie zwierzaki w domu, taka rada od koleżanki-położnej: zapakujcie do reklamówki pieluszkę tetrową z porodu, którą wycierane i przykryte było maleństwo i dajcie swojemu partnerowi, tak, aby po porodzie mógł dać zwierzakowi do powąchania i zapoznania się z nowym zapachem. To dobry patent zwłaszcza dla posiadaczy bardziej ekspresywnych zwierząt niż mój kot😀

IMG_2965 img_6926


I to tyle. A jak było u Was? Również miałyście, a może obecnie macie jakieś obawy przed Waszymi porodami? Czekam na komentarze🙂

Ściskam, Asia!

withi

Opublikowano World hovers around her . | 12 komentarzy