***
Salę porodową uważam za zamkniętą, z kolei przed trzecim oddziałem, tj. oddziałem położniczo-noworodkowym, w podobno najlepszym szpitalu św. Zofii na Żelaznej, nawet nie miałam jak złapać oddechu, bo zaczęliśmy go dzień po dniu, czyli inaczej rzecz ujmując: wykorzystują nas jak mogą, a my ledwo stoimy, tudzież – mało co żyjemy. Ot, taka darmowa siła robocza/
[podsumowanie praktyk na sali porodowej w szpitalu na ul. Inflanckiej (Marcin Prokop tam pracuje!
) - przyjęłam sześć porodów, brałam udział w cięciach cesarskich (po trzech mi się znudziło i już nie wchodziłam na salę operacyjną - nuuuuuuuuda), złapałam pierwszy kontakt z trochę większym pacjentem, i ten aspekt uważam za najważniejszą rzecz, jaką się nauczyłam - pacjentki są tak zainteresowane tym co się dzieje, każda jest na swój sposób oryginalna, inna, ciekawa ... Najbardziej zaprzyjaźniłam się z jedną panią K, do tego stopnia się z nią zżyłam, że to od niej dostałam pierwsze, położnicze słodycze w podziękowaniu i usłyszałam najmilsze słowa, tj: jak przyjdzie mi kiedyś rodzić po raz drugi, chciałabym to zrobić z taką położną jak pani, pani Asiu *_____* Szczęście w nieszczęściu, że jej kruszyna miała żółtaczkę na dość wysokim poziomie i z tej racji pobyt w szpitalu wydłużył się z tych dwóch dni, do kilkunastu, więc miałam chociaż kogo odwiedzać na POPie, w przerwach między porodami. Łamanie tych najbardziej intymnych i prywatnych barier, tłumaczenie, pomaganie, aż w końcu uczestnictwo w kulminacyjnym momencie tej całości, jakim jest poród - bezcenne. Fakt, że widziałam totalnie coś innego niż to, co wbijali nam do głowy przez ostatnie pół roku, ale nie nastawiałam się jakoś specjalnie - w końcu, co szpital to obyczaj, zasady, reguły, przyzwyczajenia, błędy, skansenowe metody ble ble ble. Było to na pewno ciekawe doświadczenie, wiem też, że jak wytrwam na tych studiach, to raczej na sali porodowej nie będę pracować. Ale sporo się nauczyłam, i to jest tu najważniejsze.]
Zmęczenie daje o sobie znać, prawie po każdym dyżurze wracam do domu przed 20, kładę się na łóżku, po czym trzydzieści minut leżę i tępo gapię się w sufit, by po tym czasie zwlec się i podreptać do kuchni, zjeść coś, wykąpać i o 21 iść spać. I tak co drugi dzień, a czasami nawet dzień po dniu. Organizacja i przepływ informacji na mojej uczelni jak zwykle na najwyższym poziomie (dlatego np kilka dni przed kolokwium dowiaduję się, że poprawa z anatomii jest nie 6 czerwca a 30 maja … co sprawia, że na naukę mam tylko hm, jeden wolny dzień?), zbliża się sesja i pięć egzaminów w jednym tygodniu – dzień po dniu, czyli nauka będzie wyglądać tak: wracam z egzaminu, uczę się do egzaminu, który mam na następny dzień. Plus taki że szybko minie, a za miesiąc będę już w domu. Tęsknota pali mnie od środka, nie mam nawet jak wyskoczyć na DWA marne dni, żeby dać prezent mamie … Naprawdę, nie wiem czy takie coś jest dla mnie, w tym momencie nie wiem nic – nie wiem co chcę robić, nie wiem gdzie będę za rok, nie wiem czy chcę to studiować (coraz bardziej nie, aniżeli tak), nie wiem czy chcę mieszkać w mieszkaniu, w którym … mieszkam (masło maślane) … Jedyny co chcę, to garstka podkarpackiego powietrza & kilka dni w domu. Chcę mieć chociaż raz cały weekend, bo obecnie każdy dzień jest dla mnie taki sam – obecnie nie ma w moim życiu czegoś takiego jak ‘dzień wolny’. Wszystkich olewam, dla nikogo nie mam czasu, zaniedbałam najbliższych. Pytanie: w imię czego? Niczego … Teoretycznie jestem silnym człowiekiem z solidną głową. Studia wybitnie prostują i łamią dotychczasowe, utrzymujące się i jak widać – często błędne, stereotypy, albo to, jak siebie do tej pory postrzegaliśmy. Zarekrutowałam się. Once more.
I obiecałam sobie, że przynajmniej postaram się nie narzekać, co też robię. Choć nie ukrywam, że powoli wymiękam. Chyba nie potrafię być dorosła. Za dużo problemów dla tak małej osoby jak ja.
PS: Szukam kogoś, kto studiuje na SGGW. Bardzo, bardzo pilne
PS1: Wiecie że na studiach medycznych NIE WOLNO nam zachorować? Proszę Pani, to Pani nie wiedziała, że na tych studiach się nie choruje? Nawet nie wiecie jak tęsknię za zwolnieniami od mamusi … zwolnienia, a co to takiego
PS2: COME ON ROGER. Nawet Ciebie olewam, nie pamiętam kiedy obejrzałam ostatnio coś bardziej tenisowego niż korty, które mijam jadąc na uczelnię, jest mi z tego powodu okropnie źle … ale kciuki trzymam zawsze. Gdzie znikła stara, dobra Asia, która nie wyobrażała sobie życia bez tenisa, a teraz nawet nie wie jak wygląda pierwsza dziesiątka rankingu. Boże … co się ze mną stało przez ten rok . ?
stojak na biżu od brata – szkoda, że tylko na sześć par kolczyków, ale to zawsze coś, zwłaszcza że ostatnio brakowało miejsca na korkowej tablicy
patrzcie co odkryłam – cztery kisiele w fantastycznych smakach FRUGO !
***
































































