[ I know it's not perfect, but it's life ]

***

Salę porodową uważam za zamkniętą, z kolei przed trzecim oddziałem, tj. oddziałem położniczo-noworodkowym, w podobno najlepszym szpitalu św. Zofii na Żelaznej, nawet nie miałam jak złapać oddechu, bo zaczęliśmy go dzień po dniu, czyli inaczej rzecz ujmując: wykorzystują nas jak mogą, a my ledwo stoimy, tudzież – mało co żyjemy. Ot, taka darmowa siła robocza/

[podsumowanie praktyk na sali porodowej w szpitalu na ul. Inflanckiej (Marcin Prokop tam pracuje! :) ) - przyjęłam sześć porodów, brałam udział w cięciach cesarskich (po trzech mi się znudziło i już nie wchodziłam na salę operacyjną - nuuuuuuuuda), złapałam pierwszy kontakt z trochę większym pacjentem, i ten aspekt uważam za najważniejszą rzecz, jaką się nauczyłam - pacjentki są tak zainteresowane tym co się dzieje, każda jest na swój sposób oryginalna, inna, ciekawa ... Najbardziej zaprzyjaźniłam się z jedną panią K, do tego stopnia się z nią zżyłam, że to od niej dostałam pierwsze, położnicze słodycze w podziękowaniu i usłyszałam najmilsze słowa, tj: jak przyjdzie mi kiedyś rodzić po raz drugi, chciałabym to zrobić z taką położną jak pani, pani Asiu *_____* Szczęście w nieszczęściu, że jej kruszyna miała żółtaczkę na dość wysokim poziomie i z tej racji pobyt w szpitalu wydłużył się z tych dwóch dni, do kilkunastu, więc miałam chociaż kogo odwiedzać na POPie, w przerwach między porodami. Łamanie tych najbardziej intymnych i prywatnych barier, tłumaczenie, pomaganie, aż w końcu uczestnictwo w kulminacyjnym momencie tej całości, jakim jest poród - bezcenne. Fakt, że widziałam totalnie coś innego niż to, co wbijali nam do głowy przez ostatnie pół roku, ale nie nastawiałam się jakoś specjalnie - w końcu, co szpital to obyczaj, zasady, reguły, przyzwyczajenia, błędy, skansenowe metody ble ble ble. Było to na pewno ciekawe doświadczenie, wiem też, że jak wytrwam na tych studiach, to raczej na sali porodowej nie będę pracować. Ale sporo się nauczyłam, i to jest tu najważniejsze.]

Zmęczenie daje o sobie znać, prawie po każdym dyżurze wracam do domu przed 20, kładę się na łóżku, po czym trzydzieści minut leżę i tępo gapię się w sufit, by po tym czasie zwlec się i podreptać do kuchni, zjeść coś, wykąpać i o 21 iść spać. I tak co drugi dzień, a czasami nawet dzień po dniu. Organizacja i przepływ informacji na mojej uczelni jak zwykle na najwyższym poziomie (dlatego np kilka dni przed kolokwium dowiaduję się, że poprawa z anatomii jest nie 6 czerwca a 30 maja … co sprawia, że na naukę mam tylko hm, jeden wolny dzień?), zbliża się sesja i pięć egzaminów w jednym tygodniu – dzień po dniu, czyli nauka będzie wyglądać tak: wracam z egzaminu, uczę się do egzaminu, który mam na następny dzień. Plus taki że szybko minie, a za miesiąc będę już w domu. Tęsknota pali mnie od środka, nie mam nawet jak wyskoczyć na DWA marne dni, żeby dać prezent mamie … Naprawdę, nie wiem czy takie coś jest dla mnie, w tym momencie nie wiem nic – nie wiem co chcę robić, nie wiem gdzie będę za rok, nie wiem czy chcę to studiować (coraz bardziej nie, aniżeli tak), nie wiem czy chcę mieszkać w mieszkaniu, w którym … mieszkam (masło maślane) … Jedyny co chcę, to garstka podkarpackiego powietrza & kilka dni w domu. Chcę mieć chociaż raz cały weekend, bo obecnie każdy dzień jest dla mnie taki sam – obecnie nie ma w moim życiu czegoś takiego jak ‘dzień wolny’. Wszystkich olewam, dla nikogo nie mam czasu, zaniedbałam najbliższych. Pytanie: w imię czego? Niczego … Teoretycznie jestem silnym człowiekiem z solidną głową. Studia wybitnie prostują i łamią dotychczasowe, utrzymujące się i jak widać – często błędne, stereotypy, albo to, jak siebie do tej pory postrzegaliśmy. Zarekrutowałam się. Once more.

I obiecałam sobie, że przynajmniej postaram się nie narzekać, co też robię. Choć nie ukrywam, że powoli wymiękam. Chyba nie potrafię być dorosła. Za dużo problemów dla tak małej osoby jak ja.

PS: Szukam kogoś, kto studiuje na SGGW. Bardzo, bardzo pilne :)

PS1: Wiecie że na studiach medycznych NIE WOLNO nam zachorować? Proszę Pani, to Pani nie wiedziała, że na tych studiach się nie choruje? Nawet nie wiecie jak tęsknię za zwolnieniami od mamusi … zwolnienia, a co to takiego :(

PS2: COME ON ROGER. Nawet Ciebie olewam, nie pamiętam kiedy obejrzałam ostatnio coś bardziej tenisowego niż korty, które mijam jadąc na uczelnię, jest mi z tego powodu okropnie źle … ale kciuki trzymam zawsze. Gdzie znikła stara, dobra Asia, która nie wyobrażała sobie życia bez tenisa, a teraz nawet nie wie jak wygląda pierwsza dziesiątka rankingu. Boże … co się ze mną stało przez ten rok . ?

stojak na biżu od brata – szkoda, że tylko na sześć par kolczyków, ale to zawsze coś, zwłaszcza że ostatnio brakowało miejsca na korkowej tablicy

patrzcie co odkryłam – cztery kisiele w fantastycznych smakach FRUGO ! 

***

Opublikowano World hovers around her . | 12 komentarzy

dwa-dzieścia lat?

***

I’ve heard that it’s possible to grow up – I’ve just never met anyone who’s actually done it. Without parents to defy, we break the rules we make for ourselves. We throw tantrums when things don’t go our way, we whisper secrets with our best friends in the dark, we look for comfort where we can find it, and we hope – against all logic, against all experience. Like children, we never give up hope 

20, dwa-dzieścia, d-w-a-d-z-i-e-ś-c-i-a. Brzmi dziwnie. Obco. Dorosło. Statycznie. Odpowiedzialnie. Paskudnie. Staro. Zmarszczkowo. Jestem stara, ot cała prawda. Nie przykładałam do wieku nigdy szczególnej uwagi – toż czas ma to do siebie, że ucieka, a głupie odpowiadanie starszych pań na pytanie: ile ma Pani lat? – kobiet o wiek się nie pyta! – przyprawia mnie o mdłości. A czemu się nie pyta? To wstyd? Obchodzicie imieniny w imię czego? Swoją drogą, jestem już dziewięć miesięcy dwudziestolatką, bo tak naprawdę urodziłam się w brzuchu mamy, tak jakoś w połowie października 1991 (o, takie kierunkowe zboczenie ^.^). Wracając do tematu – cieszą mnie te urodziny, bo są nieco inne od poprzednich. Bo mam teraz czarno na białym, że powinnam przynajmniej postarać się i zachowywać jak osoba z dojrzałą 2 z przodu. Jak osoba odpowiedzialna i samodzielna. Chociaż wiem, że dla niektórych do końca pozostanę małą, pyzatą Pyśką/Żabą/Aś/Asieńką/Joasią (srasią, dupasią -.- nienawidzę J-O-A-S-I !!!). Mówi się że to osiemnaste urodziny są kluczowe. Gów*o prawda. Dla mnie to dwudziestka jest kluczowa, tak samo jak za dziesięc lat, będe gadać o trzydziestce. Swoją drogą, dopadło mnie ponure rozmyślanie – stara jestem, czas na ślub, czas na dziecko, czas sobie życie ułożyć, zacząć rozglądać się za jakimś facetem. Pfff … Asiu, bawić się trzeba, inne rzeczy przyjdą do Ciebie same, albo z delikatną pomocą i wkładem osób trzecich.

Just relax.

Dziękuję za wszystkie wczorajsze, piękne życzenia. Dwudzieste urodziny spędziłam na salach porodowych, przyjęłam dwa dzieciaczki i witając je na świecie, powiedziałam im że wybrały sobie najpiękniejszą z możliwych datę na opuszczenie 9cio miesięcznego, ciepłego lokum, które do tej pory wynajmowały. Takie sentymentalne dwadzieścia lat później … Jeszcze na koniec najbardziej oryginalne życzenia, prosto od mojego chrzestnego:

- Asiu, masz 20 lat – jesteś prawie tak stara jak dinozaur.

- Dzięki wujek, super komplement ;D

- No okej, jak dinozaurątko ♥

To już moje trzecie urodziny na WORDPRESSie. Zmieniłam się coś? :>

mówiłam Wam już kiedyś, że kocham te jednosezonowe japonki i kupuję je zawsze, jak tylko pojawią się w H&M – kkkklik

***

Trochę muuuuzyki na koniec. Swoją drogą – wczoraj przyjmowałam poród z genialną położną, która podczas pojawiania się główki, pozwoliła mi oczywiście położyć moje ręce na swoich, i powiedziała: moi kochani, poród jest jak muuuuuzyka. Normalnie, babeczka świrnięta lekko, ale cudowna ;)

Opublikowano World hovers around her . | 13 komentarzy

all we really want is to be close to somebody

***

Mówcie sobie co chcecie, ale Chirurdzy to ewidentnie najlepszy serial, jaki pojawia się regularnie od siedmiu już lat … Żadne Plotkary, Housy, Pamiętniki Wampirów, Glee, 90210, Bones i inne duperelki, nie dorównują mu nawet do pięt. Finał 8 sezonu? Morze łez, perfekcyjne wykonanie (scenografia, gra aktorów, scenariusz), może czasami lekko na siłę i średnio realnie (stwierdziłyśmy z Beat, że tyle, ile w tym ich ‘życiu’ doświadczają serialowi bohaterowie, jest jednak odrobinę na wyrost ;) ), ale … mistrzostwo. M-i-s-t-r-z-o-s-t-w-o. Jeżeli nie macie co robić, jeżeli się nudzicie i chcecie dać się wciągnąć naprawdę porządnemu serialowi – polecam całe osiem sezonów tych perełek (niby z tendencją spadkową, tzn pierwsze sezony zdecydowanie naj, reszta – od szóstego w górę – kręcone i wymyślane podobno ‘na siłę’, ale zapewniam, że osoba, która kocha tą chirurgiczną fikcję, nie zastanawia się nad tym w ogóle, tylko ogląda i … beczy). Naprawdę. Ucierpi tylko Wasz organizm, jak okaże się, że noc jest za krótka, a podczas 24godzinnej doby, możecie zobaczyć tylko jakieś … 26 odcinków (z uwzględnieniem delikatnych przerw na toaletę czy jedzonko ^.^). I tak warto.

Wszystkim obecnym na wczorajszej, małej imprezie przed-urodzinowej, bardzo, bardzo dziękuję (szkoda, że nie wszystkich uwieczniłam na zdjęciach, eh, Asia gapa) I za wszystkie pyszne prezenty również ! :)

kosz pyszności od Beti – ahaha, wpasowanie się w moje preferencje żywieniowe – bezbłędnie 10/10 – dziękuję ! (a migdały i śliwki znalazły się w moim brzuchu, podczas oglądania Grey’sów *___*)

pióraski do kolekcji od dziewczyn – w morelowym kolorze jeszcze nie mam :)

Yea, moja przysadka obudziła się po ponad dwóch miesiącach (nie ma to jak regularność – grunt że się nieco przyzwyczaiłam do takiego stanu rzeczy -.-) i w końcu zaczęła pracować i dzielnie produkuje hormony, a brzuch właścicielki nieco się broni i żąda coraz to większych porcji Ketonalu. Swoją drogą – uwielbiam te tabletki, wyglądają jak narkotyki. Kiedyś nawet zrobiłam ładne zdjęcie, z nimi i z książką Coelho, w roli głównej. Zaraz zagłębię się w czeluściach mojego archiwum i poszukam owego zdjęcia. Jestem dzisiaj wredna, na tyle na ile sobie to wmawiam, bo jak prawie 20letnia Asia może być wredna, jak obok stoi bukiet pięknych, różowych tulipanów i konwalii, a skrzynka odbiorcza zasypana jest sms’ami od sami-nie-wiecie-kogo? Powiem tylko: to facet ma się starać moje kochane. Czasami warto się wstrzymać, olewać na potęgę (nawet 2 tygodnie ! !) – jak napisze, to zależy – jakie to proste, te małe, męskie móżdżki (żeby nie było – taki żarcik, nie jestem żeńską odmianą szowinisty ^.^)

PS: Ekwipunek kobiety cierpiącej:

+ zdjęcie o którym pisałam, znalezione w tej, staaarej notce – kkklik (trochę szukałam, grunt że zaczęłam od końca :) )

PS1: Robię najlepsze pod słońcem, maślane bułeczki z truskawkowym dżemem i kiwi, oraz herbatniki z masą-krówkową-kokosową ! ! ! (+ nieodzowna pomoc Klaudi ;*) Magda Gessler niech całuje nam nasze stópki, ozdobione czerwonym lakierem mr ;-D

Opublikowano World hovers around her . | 11 komentarzy

so let me live ; relacje m.in z sali porodowej

***

Why don’t you take another little piece of my heart,

why don’t you take it and break it and tear it all apart

Hej/ Nazbierało się trochę tego i tamtego, żyję szybko, wyobrażam sobie że czas nie istnieje i tak trwam w takiej mojej warszawskiej otchłani … Czasami odzywam się do Was przez facebooka, ale wiem że nie o to w tym wszystkich chodzi – bo to na bloga zagląda większość z Was, a i przecież on jest tutaj priorytetem, więc mając teoretycznie dzień wolny (dzień wolny od dyżurów wcale nie = dzień wolny -.- ; okazuje się, że w takie dni musisz odrobiać angielski, wf, zaliczenia, zrobić zakupy i poczuć, że jeszcze w ogóle cokolwiek czujesz …) postanowiłam coś z siebie wyrzucić w internetową strefę. A więc, a więc …

- We wtorek zaczęłam dyżury na sali porodowej, o czym wspominałam już kilka razy. Zmiana pacjentów z kilogramowych kruszyn, na takich odroooobinkę większych, zmiana wszystkiego (rozmiar strzykawek, sal, itd …)- wyszła chyba pozytywnie, aczkolwiek po drugim dyżurze mam już nieco spaczone zdanie, ale o tym zaraz. Wtorek, 15 maja … już na samym początku wylądowałam na sali operacyjnej, gdzie pozwolono mi obserwować cesarskie cięcie. Powiem tak – w życiu, w życiu nie chcę i będę robić wszystko, żeby wywalić ten głupi pomysł każdej kobiecie, która decyduje się na cięcie BEZ WSKAZAŃ. Owszem, jest to operacja, która wielokrotnie ratuje życie dzieciaczkowi (jak np wczoraj, brałam udział w drugim cięciu – przy położeniu miednicowym i problemach mamy z kręgosłupem – liczne operacje kilka lat temu), ale do jasnej anielki – żadna kobieta nie powinna niby (w jej mniemaniu) iść w tym wypadku na łatwiznę, bo nie boli, bo to, bo w internecie przeczytałam … Co to za łatwizna jak po wszystkim słyszysz płacz swojego dziecka i leżysz bezradnie 30 minut na tym stole, jak jakaś ofiara losu, dziecko masz tylko przyłożone do twarzy, aby się z nim przywitać, a później cisza … jest zabierane na noworodki, a Ty leżysz … i pomijam fakt, że potem dochodzisz do siebie kilka dni, cały proces, jakże ważny, pierwszego kontaktu – totalnie nie istnieje. Nie będę mówić o wszystkich minusach, jakie w tej sytuacji, dotyczą NIBY dzieciaczka – bo sama jestem po cesarce i u siebie niczego z tego co nas uczą, nie zaobserwowałam ahahha (chociaż z jednym się zgodzę – byłam baaaardzo nadpobudliwa w czasie dzieciństwa ^.^), ale sporo ich na pewno jest. Dobra, tyle o samym cięciu. Dodam, że jako że był to mój pierwszy poród, stałam tam i ryczałam, mając przed sobą rozcięty kawał mięsa (czytaj brzuch) ale, ale … wzruszyłam się – naprawdę ! Dobrze że miałam maseczkę, to nikt niczego nie widział, oprócz anestezjologa, który stwierdził, że to przecież urocze *.* (Pani Studentko co Pani chowa pod tą maseczką? Łzy? :) ) W ogóle to jak cięcie wygląda … sam moment ‘rozrywania’ powłok brzusznych jest jednym wielkim nieogarnięciem dla mnie. Drobna pani doktor ciągnąca na potocznego chama brzuch, z taką mocą, że uh, ostro. Podczas tego samego dyżuru, po godzinie 16, moja pacjentka, którą opiekowałam się cały czas, urodziła pięknego i tłustego (4 kg!) Igora. W ogóle powiem jeszcze, że to jest taka przepaść, między tymi maluszkami, do których się przyzwyczaiłam na intensywnych noworodkach, a takimi, prawdziwymi, urodzonymi w terminie. Pierwsza myśl? Którędy on wyszedł!? Podobne myśli miał tatuś obecny na sali ahahaha. W ogóle co za ziom, po wszystkim latał z kamerą, obserwował szycie krocza własnej żony – był świetny. A studentka położnictwa stała i …. ryczała, easy *.* Poród wspominam fantastycznie, głównie dlatego że przyjmowała go GENIALNA położna, lekarz przyszedł tylko na szycie krocza, w dodatku asystowałam i wszystko mi tłumaczył – powiedział że na nastepny raz pozwoli mi zrobić ostatni szew (Pani studentko, nie wiem czy zdaje sobie pani z tego sprawę, ale na następny raz zostanie Pani wrzucona na najgłębszą z możliwych wód *__*). Wdzięczność pacjentki dla położnej, cytując: “Gdyby Pani tu nie było, to bym nie urodziła”), niekończące się podziękowania … takie sytuacje sprawiają, że mam ochotę kontynuować te studia, choć praca na sali porodowej raczej nie jest moim marzeniem (noworodki porządnie przyciągają!). Także pierwszy dyżur zaliczam do naprawdę fantastycznych … po 10 godzinach nie czułam nic, żadnej części ciała i momentami miałam wrażenie że mózg przestaje pracować. A, no i przyjęłam łożysko ! W ogóle to ile tam było krwi … wszystkiego. No nieprawdopodobne. Dobra. Wracam do drugiego dyżuru, który nie był aż tak przyjemny. Niestety. Pomimo tego, że ponownie trafiłam na CUDOWNĄ parę, krzątałam się przy pani K cały dzień, pomagałam, żadne najprostsze rzeczy tego dnia mi nie wychodziły, ale też sporo się nauczyłam, więc ok. Poród zaczął się po godzinie 17, czyli podobnie jak dwa dni wcześniej. I był straszny. Nie dla rodziców – dziewczynka urodziła się zdrowa, pomimo 36 tygodnia ciąży. To co działo się przed, było dla mnie – studentki, która przez ostatnie pół roku uczyła się o tym, jak poród powinien, przynajmniej w NAJMNIEJSZYM stopniu, wyglądać – horrorem. Nie będę wchodzić w temat, bo nie taki był cel tego wpisu. Wyszłam stamtąd po 18, było mi źle, pomimo że znowu miałam okazję nauczyć się czegoś nowego (znowu przyjęłam łożysko, widziałam szycie szyjki macicy, oraz to … te mniej pożądane sprawy). Jutro sobota, więc kolejny dyżur. Po ostatnim mam już trochę mniej ochoty na sale porodowe -.-

- Środa. Po ciężkim, wtorkowym dyżurze, ledwo żywa wstaję po 5 z bólem brzucha. Jako, że moja przysadka znowu się buntuje i wraca do nawyków nieprodukowania hormonów, wiem że to nie to, a … ból związane z biochemiczną bitwą. Były dwa doły, było dwukrotne pakowanie się do domu, morze, a raczej ocean łez, zawalanie wszystkiego co możliwe, plan B, plan C, plan D, plan E. Następnie było odpuszczenie, stwierdzenie, że czekam do praktyk, żeby zobaczyć wszystko od kuchni, zdaję co mogę na totalnej wyluzce (okazało się że na owej wyluzce zdałam wszystko co było) i jak coś to mam taki plan B, że jak nawet przyjdzie mi go wtłoczyć w życie, to będę mojej uczelni bardzo wdzięczna :) I przyszedł dzień, po pięciu miesiącach, który miał zadecydować o moim być, albo nie być, albo inaczej – o tym, czy studiować będę 6 lat, czy też 5. Udało się. Komisyjna biochemia została znokautowana. Bezbłędnie. O jej przeszłościowym charakterze, będzie mnie tylko informować wpis w indeksie. Yea !

- Zbliżają się urodziny. Z tej okazji wleję w siebie litr Carlo Rossiego mrr *.* Zrobiłam sobie też dzisiaj dwa małe prezenty, i w ten oto sposób na mojej szyi, from time to time, wisieć będzie takie cudo ze Stradivariusa:

drobny detal na końcu łańcuszka

I gwóźdź programu, czyli … coś, co pomachało do mnie, kiedy zmierzałam w stronę ulicy Ciołka (dokładnie – Ciołka), aby udać się na fitness (tym też sposobem dotarłam tam dopiero na pilates, i znowu jeden wf mam w plecy -.-) … Naprawdę – machały do mnie ! Musiałam … <33333 (cena: 259zł)

mówiłam że uwielbiam detale – błękitne conversy mają aż pięć jęzorków – każdy w innym kolorze, świetnie to wygląda :)

- Dałabym wszystko żeby mieć okazję i czas wyskoczyć na chwilę do Rzeszowa, do domu, do mamci i taty. Nic z tego, zapomnij dziecinko – takie luksusy to tylko pod koniec czerwca.

O tylu rzeczach chciałam wspomnieć … a wszystko to jakoś ucieka mi przez głowę. Mam nadzieję że u Was wszystko w porządku. Pogoda średnio dopisuje, jest jesiennie i średnio majowo, ale do czasu, hope so (chociaż dzisiaj już jest nieco lepiej, więc może wskoczę w jakieś rolkersy na wieczorne, warszawskie śmiganie?). Trochę muzyki na koniec:

Opublikowano World hovers around her . | 8 komentarzy

. niepowtarzalny urok powtarzalności

***

Wyjść z siebie i stanąć obok – było takie powiedzonko w moich szkolnych czasach. Przypadkiem, w pewnej chwili … Wystarczy jakiś nieznany korytarz, obce schody, niewłaściwe drzwi. Wystarczy pociąg, który nagle w nocy zatrzyma się nie na tej stacji, opóźniony samolot, nie to lotnisko. Wystarczy przerwa w dostawie prądu, winda między piętrami, a ty w tej windzie, w ciemności. I nagle nie wiesz, gdzie jesteś, nie wiem, kim jesteś. Przerwany zostaje rytm twoich godzin, codzienna rutyna. Przewidywalne zamienia się w nieprzewidywalne. Codzienność to nie tylko błahość, przeciętność, nuda. Codzienność to także bezpieczeństwo, urok zwyczajności, znajoma melodia. Odliczone kroki na ścieżce. (…) Nasze życie – znajome, sprawdzone, bezpieczne. Zdajemy się nie zauważać niepowtarzalnego uroku powtarzalności, dopóki nie przekonamy się, jak łatwo, choćby na chwilę albo i na całą wieczność, może zostać nam odebrana.

spódnica – Pull&Bear (przepraszam że tak pognieciona – ona jest baaardzo ciężka do ujarzmienia, pomimo prasowania wygląda jak wygląda eh); bluzka – ZARA; buty – Stradivarius (bardzo je polubiłam – są naprawdę bardzo wygodne); torba – New Look

Szykuje się ciężki tydzień. Jak każdy – wypada podsumować … Macie wrażenie że o ile zawsze czas jakoś zbyt szybko uciekał nam przez palce, tak ostatnio są to naprawdę zawrotne, a przy tym niebezpieczne prędkości? Maj !? Mój maj !? W zeszłym roku byłam maturzystką, która miała przed sobą perspektywę najdłuższych wakacji w całym życiu (chyba że biorę pod uwagę jakieś bezrobocie, albo urlop macierzyński – tak bobas po bobasie), obecnie jestem średnio przytomną studentką, która nie wie co się dzieje, nie ma czasu na nic, walczy z bezradnością powiązana z niemożliwością wyskoczenia nawet na cholerny weekend do domu, kiedy wszystko jest tak proste, kiedy wystarczy wpakować się do brata do samochodu i pojechać do rodziców … To boli, że do domu wrócę dopiero pod koniec czerwca … po tej powalonej sesji, która szybciej zbliżać się już nie może.

Ale wiecie – jestem wciąż optymistką i naprawdę myślę pozytywnie. Że wszystko się ładnie jakoś zaliczy, że to wszystko co się dzieje w moim życiu ma jakieś słuszne uzasadnienie.

Jestem już po jednym oddziale – intensywna opieka nad noworodkiem. Moje wrażenia znacie, toż dzieliłam się nimi wiele razy. Większe podsumowanie całych praktyki zrobię w czerwcu, tak, aby to wszystko zebrać w kupę i obiektywnie porównać. We wtorek za to na warsztat idzie sala porodowa, czyli mniej tolerancyjni pacjenci, od tych malutkich bobasów, które owszem – płaczą, ale nie kopią i nie ważą swoich kg. Apropos – wczoraj pracowałam z przesympatyczną położną, która pozwoliła mi już tak od A do Z zrobić gazometrię (pobieranie krwi z pięty maluszka). Tak się stresowałam, tak się spociłam z nerwów … miętoliłam tą piętę Zoji dobre kilkanaście minut, a ta krew jak lecieć nie chciała tak .. nie leciała … Ostatecznie się udało, a pani położna mnie bardzo pochwaliła i powiedziała, że przecież jeszcze nikt nie urodził się z wrodzoną zdolnością do pobierania krwi wcześniakom, także joł ^.^

Tak sobie myślę, jakbym mogła na jeden dzień zostać takim niebieskim Na’vi z Avatara, eh. Dreaming, Jeanne – dreaming …

PS: Częściej szukajcie mnie tu – kkkklik.

PS1: Troszkę muzyki:

Opublikowano World hovers around her . | 5 komentarzy

/. everything is backwards now, like out there is the true world, and in here – is the dream

***

Jake Sully: I became a Marine for the hardship. Told myself that I can pass any test a man can pass. All I ever wanted was a single thing worth fighting for.

Kocham, kocham, kocham. Kocham ten świat, kocham tą fikcję. Kocham fantazję Jamesa Camerona. Dość często sama siebie wrzucam w środek Pandory, wyobrażam sobie jak będzie wyglądał nasz świat, w tym 2154 roku – czy chociaż po części tak, jak w wyobraźni pana Camerona? To jest coś niesamowitego. Ponad dwie godziny magii, za każdym razem gdy rzeczywistość dostarcza mi jej w zbyt małych ilościach do funkcjonowania. Ponad dwie godziny magii, otulone cudowną ścieżką dźwiękową, genialną scenografią i tak prostą fabułą, że co niektórzy wstydzą się przyznać, jak duże wrażenie ten film na nich niegdyś zrobił. Dużo nieba. I wszystkich odcieni koloru niebieskiego …

***

Co poza tym wszystkim? Dzieje się zbyt dużo, a ja mam zbyt mało czasu żeby to wszystko streścić. Dlatego postanowiłam, że będę częściej wrzucała krótkie informacje na facebook’owy kanał – KLIK – bo tak jest przede wszystkim łatwiej. Także zapraszam do polubienia, jak ktoś jeszcze nie lubi – tam naprawdę będę się pojawiać regularnie. Na blogu oczywiście też, problemem może być zbliżający się, naprawdę ciężki miesiąc – do odwołania co prawda, bo do środka czerwca i sesji.

Jestem właśnie po czwartym dyżurze na oddziale intensywnej terapii noworodka. Tak jak pisałam jakieś dwie godziny temu, właśnie na facebookowym koncie – opiekowałam się dzisiaj głównie trzema wcześniakami, a wśród nich dziewczynką o cudownym imieniu - Zoja ! Na początku myślałam że śnię, jak na karteczce zobaczyłam imię: ZOLA (jak córeczka Mer&Der z Grey’sów!). Dopiero później wyostrzyłam wzrok i skorygowałam swój błąd. Dlatego od teraz jest to Zoja-Soja *.* Robiłam dzisiaj kolejne zastrzyki, pobierałam krew, badałam poziom cukru, nawet obserwowałam badanie stawu biodrowego, wykonanego przez pewnego, znanego pana dr fizjoterapeutę – także owocny dzień. Ah, no i do szpitala przyjechały trojaczki, a ja dzielnie czekałam na ich mamę, aby poinformować ją, że podczas ciąży jej macica powiększyła się 1000 razy (“U kobiety spodziewającej się trojaczków macica musi rozciągnąć się ponad 1000 razy, by je pomieścić.”). Mam jeszcze przed sobą dwa dyżury na tym oddziale, a później przenosimy się na salę porodową do innej, warszawskiej placówki. Moje wrażenia? Jest niesamowicie, chociaż te radosne momenty mieszają się brutalnie z tymi mniej kolorowymi. Zapłakani rodzice, niemoc człowieka, który to ponoć wymyślił i potrafi już wszystko … bezbronne maleństwa, które muszą ‘rozwijać się’ na naszych oczach, zamiast dorastać i kształtować do tego 37-42 tygodnia, w łonie mamusi, gdzie jest ciepło i przyjemnie, a nie ciepło i chemicznie, jak w inkubatorach. Dzieci, które ‘toną’ w najmniejszych rozmiarach pieluszek … najmniejszych rozmiarach, które są chyba mniejsze od mojej dłoni … Jest ciekawie, dużo można się nauczyć, ale nie tylko pod kątem ewentualnego, przyszłego zawodu, ale bardziej chodzi mi o to, że można zacząć doceniać życie i to, że jest się tu i pomaga innym – super uczucie.

Ponadto mam jakąś dobrą – śmiem twierdzić że zbyt dobrą – passę jak na mnie. Fizjo wczoraj zaliczona … chociaż nie obyło się bez mojego, średnio przyjemnego problemu, jakim jest moje serce. Niby poszłam na totalnej wyluzce, bo naprawdę nie stresują mnie takie głupoty, jak jakieś zaliczenie czy kolokwium (nawet zbliżający się komis z biochemii, od którego defacto zależy to, czy będę studiować 6 czy 5 lat, i który zbliża się już coraz szybciej, bo ponoć ma być w przyszłym tygodniu -.- [ponoć], nie robi na mnie większego wrażenia), ale w momencie, kiedy pani rozdała kartki z zadaniami, tak mi zaczęło walić serce, że znowu myślałam że wyskoczy i będzie uciekać z rękami do góry jak w kreskówkach … w dodatku zrobiło mi sie cholernie gorąco i słabo, coś jak pobieranie krwi i moje standardowe tracenie samokontroli – ale ocknęłam się, zrobiłam test jak w transie, i się ogarnęłam. Nie wiem o co chodzi, bo naprawdę tak jak pisałam – mam to generalnie w dupie. Drugi raz zdarzyło mi się coś takiego – pierwszy raz na drugim kolokwium z anatomii. Chore lekko, naprawdę nie wiem i nic nie rozumiem. Nieważne.

I tak to leci. Jest ciepło, w brzuchu pojawiają się truskawki, choć jeszcze nie w takich ilościach jak będą pojawiać się za kilkanaście dni. Jest ciepło, love is in the air, i w ogóle – gorąco ściskam i zostawiam jakieś tam lustrzane zdjęcia, aby tak pusto nie było. Mam ochotę na tak wiele, bardziej tematycznych notek. Mam w głowie tyle przepisów. Tyle pomysłów na wpisy. A ja tylko wrzucam jakieś marne zdjęcia … obiecuję że jak znajdę wolny czas, to zrobię przepis z wegetariańskiej pizzy, tortilli, placków bananowych itd – promise ;)

Opublikowano World hovers around her . | 5 komentarzy

metallic sweater

***

Wróćmy na moment do końcówki września Anno Domini 2011. Asia kilkanaście dni po odcięciu rodzicielskiej pępowiny, powolutku zaznajamia się z olbrzymią, w jej ówczesnych oczach, Warszawą. Buszuje sobie w TK Maxxie, niecierpliwie czekając na to, co miało być niby lekkie i iście przyjemne, czyli studia (przyszłość pokazała kto jest kim ^.^, tudzież, co jest jakie w rzeczywistości -.-). Odsyłam Was szybko do notki, o tej – kkkkkklik, w której obiecałam (sic), że pokażę Wam sweter, który wówczas upolowałam i który idealnie wplatał się w trend metalicznej nitki w ubraniach. Po wieeelu miesiącach, w końcu przedstawię Wam owy sweter, który jak był, tak jest, ciężki do sfotografowania. No, ale teraz przynajmniej coś widać, bez współpracy tylko i wyłącznie wyobraźni, a to się liczy.

Wskoczyłam w niego, choć przyznam się że rzadko go ubieram. Jest luźny, idealny na jakieś zakupy, spacer, albo jak jesteśmy w ciąży *____* Nie no, seriously – fajny jest, ale kompletnie o nim zapomniałam. Reszta: sweter (brązowy+złota nitka) – TK MAXX ; spodnie – Orsay ; buty – Stradivarius ; bransoletki – Camaieu.

Zmykam do nauki. Zrobiłam dzisiaj GENIALNĄ tortille i jak na złość nie pomyślałam o tym, żeby pstryknąć jakieś zdjęcia i wrzucić Wam tu przepis. No nic, next time. Życzę wszystkim miłego tygodnia – sama muszę się fizycznie, a przede wszystkim psychicznie przygotować na to co mnie czeka … tak od jutra do połowy czerwca. Marzę już sobie głęboko w sercu o końcówce czerwca, o wakacjach … o tym żeby mieć to wszystko za sobą i wiedzieć na czym stoję, tudzież, leżę. Ok, szybko zleciał ten cały rok (uświadomiłam sobie jak bardzo, kiedy szukałam ten notki o swetrach), to co to jakiś tam miesiąc? Let’s go girl. Pozdrawiam !

PS: Swoją drogą … zmieniają mi się współlokatorzy jak rękawiczki :( Piotrek i Mateusz, czyli moi koledzy od rolkowania, niestety uciekają od nas na początku czerwca, w związku z czym jak zwykle przeprowadziliśmy casting (ściema, żaden tam casting ^.^) i już jeden nowy współ-mate został wyłoniony. Drugi pokój czeka … mam nadzieję, że na Klaudi – mom, please !

Opublikowano World hovers around her . | 6 komentarzy